Bierz życie na klatę

O tym, że czasem jestem człowiekiem

Czasem jestem złym człowiekiem. Czasem jestem wredna. Czasem jestem małostkowa. Czasem myślę tylko o sobie. Czasem odreagowuję na innych. Czasem mówię dokładnie to, czego nie powinnam. Mimo, że przecież powinnam wiedzieć i postępować lepiej. Czasem niestety jestem tylko człowiekiem.

Chyba najgorsza pułapka w jaką możemy się wpędzić podczas nieustannej pracy nad sobą, to uwięzienie się w idei bycia doskonałym człowiekiem. Takim, który zawsze reaguje tak, jak się powinno, a swoimi czynami nigdy nie sprawia nikomu przykrości. Taki człowiek zawsze zna dobrą odpowiedź, ba! zna WŁAŚCIWĄ odpowiedź. Taki ktoś zawsze postępuje w sposób prawy i sprawiedliwy. Taki człowiek zawsze kieruje się miłującą dobrocią i idąc przez życie jest oazą dobroci, mentalnie delikatnie odsuwając miotełką wszelkie robaczki ze swojej drogi, żeby przypadkiem im nie zrobić krzywy.
No ja tak nie potrafię. Mam na swoim koncie garść niechlubnych uczynków, z którymi nie wiadomo co zrobić.

Jestem złym człowiekiem

Często powiem coś, zanim pomyślę. Czasem jestem niedelikatna. Często jak czegoś nie wiem, to po prostu pytam, choć o takie rzeczy się nie pyta. Bardzo często przez to, że nie pomyślę w JAKI SPOSÓB coś powiedzieć, żeby druga strona mnie zrozumiała, to mówię tak jak myślę (czyli tak po prostu, surowo i bez obróbki), przez to wychodzi to zupełnie jakoś pokracznie i nie tak.

W rezultacie później sobie wypominam, bo przecież powinnam wiedzieć lepiej, robić lepiej. Przecież nie tak siebie wychowałam! Czasami tak bardzo skupiam się na tym jaka powinna być POPRAWNA reakcja na coś, że zapominam jaka jest MOJA reakcja. Jasne, że staram się być lepsza – dla innych i dla siebie – ale kiedy powinie mi się noga, to wpadam w wielotomowy cykl wypominania sobie jakim to chujowym człowiekiem jestem.
I wiecie co, jestem już tym zmęczona, więc zwyczajnie postanowiłam wziąć za to odpowiedzialność – TAK, czasem zachowuję się słabo i naprawdę bardzo głupio.
No i co? Nie wiem, chyba to oznacza, że jestem po prostu człowiekiem?

Jesteś złym człowiekiem

Szok i niedowierzanie – ludzie popełniają błędy. Mają dobre intencje, a wychodzi zupełnie inaczej. A czasami są autentycznie wredni – bo mają gorszy dzień, a wy akurat pojawiliście się w złym miejscu, o złym czasie i to wystarczyło. Czasem mówią z taką niewrażliwością, że aż cierpnie skóra. No i co? Nie wiem, może też są po prostu ludźmi?

Może dlatego tak drażni mnie cancel culture – kultura ostracyzmu. Jeśli nie damy sobie choć odrobiny marginesu na błędy, to oszalejemy (i to wcale nie w taki fajny sposób). Jeśli wykluczymy kogoś, bo raz powiedział coś „niedelikatnie” albo nie w ramach ogólnie przyjętej normy, to jaki świat nam zostanie? Bąbelkowy, sztucznie barwiony, papierowy, cienki, kruchy, mdły, nijaki, nieprawdziwy.
Nie wiem jak Wy, ale ja rzygam toksyczną pozytywnością. Czasem nie ma co szukać pozytywów. Czasem nie ma co sobie tłumaczyć innych, i zaokrąglać ich ostrych krawędzi. Czasem ludzie zachowują się naprawdę okropnie i trzeba to wziąć na klatę, a nie na siłę próbować to zanurzać w brokatowej posypce.

Może istnieje coś pomiędzy odcinaniem ludzi i usilnym opiłowywaniem ich haczących krawędzi? Może istnieje jakiś margines, w którym są w stanie pomieścić się nasze niedoskonałości, bez konieczności ich wyparcia albo usprawiedliwienia? Może da się to jakoś tak po prostu przyjąć. Wziąć na klatę i uznać: no tak po prostu jest.
Samo pisanie tego sprawia, że mam wrażenie jakbym mówiła coś nietaktownego. Bo przecież nie można się godzić! Nie można tak po prostu akceptować! Trzeba się starać! Trzeba koniecznie nad czymś pracować, coś robić, do czegoś dążyć, bić się w pierś i broń borze, żeby komuś, a tym bardziej sobie wybaczać! Wszelkie cienie i niedoskonałości należy bezwzględnie zwalczać!

Przyszywanie własnego cienia

Carl Gustav Jung ukuł takie bardzo ładne (i zdecydowanie działające na moją wyobraźnię) pojęcie cienia personalnego. To ta część naszej osobowości, którą wypieramy, o której wolimy nie myśleć i oceniamy jako gorszą, brzydką, zbędną. To jest właśnie nasz cień.
I jedno czego się nauczyłam w swoim niezbyt długim, acz intensywnym życiu, to jest to, że wszystko co wypieramy, ma tendencję do gryzienia nas potem w dupę w najmniej oczekiwanym momencie. To jest jak 2+2=4.

Pamiętacie jak cień Piotrusia Pana płatał mu figle i od niego uciekał? Zupełnie jakby był osobnym bytem, a nie naturalną częścią Piotrusia. I ja właśnie tak sobie to wyobrażam, jakbym miała swój cień, o którym czasem wolałabym zapomnieć, a najlepiej to w ogóle się go pozbyć. Ale niestety, tak to jakoś w tym uniwersum jest, że jak jest światło, to musi być też cień. A ja nie jestem w stanie być całością bez moich sprzeczności.
Zatem teraz tak trochę staram się dojść do jakiejś zgody z tym moim cieniem. Że on jest. I tak, lubi płatać mi figle, ale jest też integralną częścią mnie, więc trochę muszę być jak ta Wendy i spróbować go do siebie przyszyć.
Chyba w końcu jestem gotowa być nieidealna, wadliwa, omylna i czasem po ludzku idiotyczna.


Photo by Tom Barrett on Unsplash

Poprzedni post

Może ci się spodobać