Bierz życie na klatę

O tym, że trochę jestem iluzjonistką

Kojarzycie takie sceny z filmów, gdzie przyjaciółki wspólnie omawiają i przeżywają jakiś dramat jednej z nich? Jedna płacze, albo płaczą wszystkie i się pocieszają w ten czy inny sposób. No więc to nie ja. Ja jestem tą postacią, która znika, przestaje odbierać telefony i w ciasnym kokonie z kołdry wypłakuje wszystkie zapasy wody skrupulatnie gromadzone miesiącami.

Zawsze myślałam, że to jest po prostu taka część mojej introwertycznej natury. Jednak już od jakiegoś czasu zaczynam przeczuwać, że może ten mój introwertyzm to częściowo jednak jest mechanizm obronny. Doskonała ochrona przed odrzuceniem, bo jeśli się unika ludzi, to ciężko zostać przez nich odrzuconym. Sprytne, c’nie? Ale potem czujesz się odizolowana i samotna, a to już trochę gorzej.

Ponoć dorośli, którzy w dzieciństwie byli pozostawieni sami sobie z trudnymi emocjami i nikt im nie pomagał ich jakoś zrozumieć i przeprocesować, to właśnie w ten sposób się zachowują, kiedy przeżywają coś trudnego – izolują się.
(Ha! Naprawdę jestem w szoku, że jestem w szoku, że ciągle coś znajduję w sobie, co jeszcze przyprawia mnie o szok.)

Zawsze mnie dziwiło kiedy ktoś mi mówił, że jestem zamknięta w sobie. Wydawało mi się to absurdalne, bo wcale nie czułam jakbym się zamykała przed innymi (ha!). I z reguły jak ktoś mnie zapyta o coś wprost, to ja w 95% przypadków odpowiem zupełnie szczerze.
Jak się czujesz? Źle.

Szkopuł jest taki, że trzeba mnie zapytać. To taki drobny druczek w instrukcji obsługi, która nie jest załączona do pudełka.
Z jednej strony nie ukrywam jakoś szczególnie tego jaka jestem i kim jestem, ale też nie czuję potrzeby, żeby wyjaśniać się komukolwiek. Jeśli ktoś myśli, że jestem wyniosła i się mądrzę, no to niech tak sobie myśli. Ja tam wiem, że jestem dość mądra, ale nie przeszkadza mi to w byciu czasem zupełnie durną.

Ale wiecie co, dotarło do mnie, że ja faktycznie jestem trochę zamknięta w sobie. I tak, piszę to z pełną świadomością na moim personalnym blogu, którego niektóre osoby nie chcą czytać, bo wydaje im się zbyt „osobisty”. Nawet nie wiedzą, że padli ofiarą cudownej iluzji i jednej z moich sztuczek-magiczek!

Sztuczka-magiczka #1: Nie potrafię płakać przy ludziach

Często napływają mi łzy do oczu, tak. Często mam ochotę się rozpłakać, tak. A przy ilu osobach pozwoliłam sobie się rozpłakać? (I nie mam tutaj na myśli, że romantycznie spływająca jedna łezka po policzku, ale wiecie, takie wycie, że smarki to aż z zatok, twarz czerwona, a oczy napuchnięte jak nie powiem co.) Jeśli dobrze liczę, to będzie jakieś 5 osób, które widziały mnie w takim stanie kompletnego rozpadu. I tak sobie myślę: ja, taka wrażliwa dusza, a nie potrafię się przy kimś rozpłakać?
I to jest pierwsza z moich sztuczek-magiczek, kiedy unikam odsłaniania się i bycia wrażliwą tak NA PRAWDĘ.

Kiedy jest mi naprawdę źle – i to tak naprawdę źle, że zaglądam w czeluści otchłani, a ta otchłań puszcza mi oczko – to ja zabieram się gdzieś daleko i w jakiejś samotni urządzam sobie umieranko. Naprawdę bardzo rzadko kogokolwiek wpuszczam do mojej umieralni, żeby zobaczył ten paskudny i brzydki proces gojenia. O nie, nie, nie! Cała metaforyczna krew, mięso na wierzchu i wystające złamane kości widzę tylko ja. Natomiast jak już się połatam i ostatecznie wyliżę rany, to bardzo chętnie dzielę się anegdotkami jak to pod zabawnym kątem wystawał mi kawałek kości przez skórę i w ogóle wspaniała przygoda!

Sztuczka-magiczka #2: Trauma? Masz na myśli to, co sprawiło, że jestem taka zabawna?

Czarny humor i unikanie czucia prawdziwych emocji przez rozładowujące żarty. Ha! To moja najznakomitsza i ulubiona sztuczka-magiczka, która daje pozory, że się odsłaniam. Na przykład mogę jakoś tak mimochodem zarzucić jakimś dziwnym żartem w stylu „to do zobaczenia jutro, o ile dożyję”. He, he, bo wiecie, depresja. Żartowanie z myśli samobójczych sprawia, że wydają się takie jakby mniej poważne. Że nie czuć tego przytłaczającego ciężaru bólu, który sprawia, że fantazjujesz o tym, że zapadasz się w nicość i nic nie czujesz.
Bo jak byście to powiedzieli tak zupełnie serio, to byłoby zbyt… PRAWDZIWE. I nie wiadomo czy ta prawdziwość byłaby bardziej niekomfortowa dla nas czy dla odbiorcy. (Nie wiem, choć się domyślam.)

Sztuczka-magiczka #3: Było nie było, no i co?

Jeśli akurat sobie nie zażartuję, to lubię czasem tak zwyczajnie powiedzieć o którejś z moich traum i to tak lekko, jakby to wcale nie zdewastowało permanentnie mojej psychiki. Wiecie, było nie było. Przeżyłam, no i co? Są tacy co mieli jeszcze gorzej.
Umarł ci tato/mama/kolega/ukochany pies? No mi umarł brat. No tak, no niefajnie.
I ludzie sobie myślą: ojej, ależ ona się otworzyła przede mną! A to tylko jedna z moich rys, która w jakiś irracjonalny sposób jest tak naprawdę najprostsza i doskonale odwraca uwagę od pozostałych, które są dużo paskudniejsze i których nie pokazuję ot tak.

Ta sztuczka to takie mentalne wzruszenie ramion i nie dopuszczanie do psychiki, że to co ci się przytrafiło to było naprawdę chujowe, podłe, trudne, ciężkie i traumatyczne. Że to ci coś zabrało. Bo trauma zawsze coś zabiera, zawsze musisz odciąć jakiś kawałek siebie, żeby tę traumę przetrwać.
Bo przyznanie, że przytrafiło ci się coś naprawdę złego, sprawia, że musisz poszukać tego, co zostało przez ciebie odcięte i wyrzucone za burtę. Żeby tego czegoś zacząć szukać, to musisz najpierw zauważyć, że przez większość życia popylasz bez jednej ręki albo nogi. A tak szczerze, to czasem wygodniej nie wiedzieć, że czegoś nam brakuje.

***

W byciu taką wspaniałą iluzjonistką chodzi o to, żeby dużo mówić, ale tak naprawdę zyskać na czasie i odwrócić uwagę obserwatora od rąk, żeby zrobić sprytną sztuczkę-magiczkę, dzięki której będzie ci się wydawać, że coś ściskasz w dłoni, a gdy ją otworzysz to zobaczysz, że jest tam tylko trochę kurzu.


Photo by Austin Ban on Unsplash


Poprzedni post Następny post

Może ci się spodobać