Ludzie

Zagrała pannę lekkich obyczajów i uszło jej to na sucho

Kiedy pierwszy raz ją zobaczyłam od razu wiedziałam, że to będzie miłość do końca życia. Wysiadła z taksówki o piątej rano na Piątej Alei. Miała na sobie czarną, długą do ziemi wieczorową suknię i zatrzymała się patrząc na gmach budynku przed sobą. Po czym drobnymi kroczkami ruszyła do sklepowej witryny. Wyciągnęła z papierowej torby drożdżówkę i kubek z kawą. I oglądając wystawę sklepu jubilerskiego zjadła swoje śniadanie. Śniadanie u Tiffany’ego.

Oczywiście mam na myśli tą scenę z filmu Śniadanie u Tiffany’ego:

Jeśli ktoś z Was jeszcze nie widział Śniadania u Tiffany’ego, powinien to jak najszybciej nadrobić. Nie dlatego, że ten film należy do moich ulubionych. Ale dlatego, że ten film należy do klasyków kina. A klasyki trzeba po prostu znać. I tyle. Można ich później nienawidzić. Ale trzeba je najpierw poznać.

Ostatnio do ręki wpadła mi książka¹ traktująca o kulisach powstawania tego kultowego obrazu. I nie sądziłam, że książka w tym stylu jest wstanie mnie wciągnąć. A jednak. Przeczytałam ją jednym tchem. Wyjaśniła mi wreszcie jak to się stało, że Audrey w pewnym momencie stała się ikoną. A to wszystko dzięki roli, której wcale nie chciała przyjąć. Roli, którą uważała że nie jest w stanie zagrać. Ale może po kolei.

Podstawowe rzeczy, które musicie o niej wiedzieć

Jej matka była arystokratką, stąd została nauczona nienagannych manier i trzymania się prosto. W czasie wojny przebywała w okupowanej Holandii i cierpiała z niedożywienia. Po wojnie przeniosła się do Londynu, gdzie uczęszczała do szkoły baletowej. Po czym zaczęła pracę jako modelka, później statystka, grała trzecioplanowe role, aż w końcu dostała rolę pierwszoplanową. I od tego momentu lawina ją pociągnęła. Poniosła ją ze sobą przez Broadway, dzięki któremu dostała nagrodę najlepszej debiutantki roku. A później Oscara za Rzymskie Wakacje. I w zasadzie po tym nastąpił przestój.

Z wyglądu Audrey była zupełym przeciwieństwem Marylin Monroe. Czyli była wysoką, bardzo szczupłą dziewczyną. O mocno zarysowanej szczęce i wyrazistych brwiach. Miała krzywe zęby i duże stopy. Mały biust i płaski tyłek. Brunetka. A nie zapominajmy, że w tamtych czasach to właśnie Marylin zgarnęła tytuł symbolu seksu, pożądania i generalnie tego wszystkiego do czego żadna grzeczna dziewczynka nie powinna dążyć. Natomiast Audrey Hepburn zgarnęła tytuł ikony stylu i klasy. Pokazała, że piękno jest względne, a seksapil niekoniecznie musi być równoznaczny z obnażaniem ciała.

Jeśli chodzi o życie prywatne największym marzeniem Hepburn wcale nie była kariera aktorska. Ona chciała męża. Chciała dzieci. Raz była zaręczona, ale niestety ślub był nieustannie przesuwany z powodu jej napiętego kalendarza podczas kręcenia Rzymskich Wakacji. Aż w końcu zaręczyny zostały zerwane. Niestety musiała się pożegnać ze swoim marzeniem. Ale jakiś czas później świat obeszła radosna nowina, że Miss Hepburn wyszła za reżysera. Chciała dziecko. Poroniła. Bardzo długo się po tym zbierała. Kolejną ciążę już nie chciała na nic narażać, więc sumiennie odrzucała każdą rolę. Propozycje, które otrzymywała konsultowała z mężem. Konsultowała z nim nawet to jak powinna swoje role zagrać. On nieustannie ją strofował, nawet w towarzystwie. I to w ten chamski i bucowaty sposób. Po długim czasie zrozumiała, że nie na tym rzecz polega i wystąpiła o rozwód. Ostatecznie wyszła drugi raz za mąż i urodziła drugie dziecko.

Wszyscy, którzy mieli okazję z nią współpracować mówili jakim jest dobrym człowiekiem. Nie wywyższała się jak większość ówczesnych gwiazd. I była naprawdę miłą osobą. Czy ktoś śmie w to wątpić? Tak myślałam.

Zaczynają się schody

Produkcja Śniadania u Tiffany’ego wcale nie należała do łatwych. Szczególnie w tamtych czasach gdy istniała agencja, która czuwała nad filmami oraz moralnością Amerykanów. Zatem mamy główną bohaterkę, Holly Golightly, której już samo nazwisko sugeruje, że łatwo przechodzi od mężczyzny do mężczyzny (go – iść, lightly – lekko). No nie łudźmy się, książka (na której podstawie został nakręcony film) nie pozostawia nam cienia wątpliwości, że Holly jest prostytutką. Ekskluzywną co prawda. Ale jednak

Autor powieści nie ukrywał, że widział w tej roli Marylin Monroe. Ale producenci wiedzieli, że taki obraz nie przejdzie. Ze słodką i głupiutką Marylin od razu będzie oczywista niemoralna natura Holly. Potrzebny był ktoś, kto w życiu codziennym jest nienaganny. Ktoś, kto nada tej postaci coś niewinnego. Ktoś, kto ją poniekąd usprawiedliwi.
Więc może Audrey? Oczywiście na początku się nie zgodziła. Bo nie umie, nie chce i po prostu nie ma opcji, żeby zagrała kobietę do towarzystwa. To za ciężka rola. Zbyt ryzykowna. No nie i koniec.
Ostatecznie po naniesieniu zasugerowanych przez nią poprawek w scenariuszu, udało im się ją przekonać.

W szaleństwie jest metoda

Audrey miała w sobie coś takiego, co pozwoliło jej zagrać dziewczynę lekkich obyczajów i… to przeszło. Zagrała kobietę do towarzystwa/ prostytutkę/ dziwkę, która dostaje 50 dolarów na toaletę (albo może „toaletę”) i nie została za to zlinczowana.
Pokazała się o piątej rano na Piątej Alei w czarnej (!) wieczorowej sukni. W tamtych czasach to było nie do pomyślenia. Bo co może robić kobieta o piątej rano w środku miasta w wieczorowej sukni? No wraca z całonocnej imprezy. I to SAMA. Ba! Przecież Holly mieszkała sama. Bez męża. W wielkim mieście. Pod koniec lat pięćdziesiątych na samą taką myśl przeciętna gospodyni domowa dostawała zawrotów głowy.

Sama postać Holly została pieczołowicie przygotowana do „sprzedania” Amerykanom”. Paramount wtedy zajął się marketingiem słowa kook, co mniej więcej można przetłumaczyć jako „postrzelony”. Cały te zabieg miał nadać pozytywny wydźwięk takim słowom jak obłąkany, szalony, stuknięty, postrzelony, zwariowany. Bo właśnie taka była główna bohaterka.

Śniadanie u Tiffany'ego

Miała kota przybłędę, który nazywał się Kot. W salonie jedynymi meblami była do połowy przekrojona wanna, która służyła za sofę oraz stolik zrobiony ze starej drewnianej skrzynki na warzywa. Mleko piła z kieliszka do martini ubrana jedynie w męską koszulę, nie wiadomo zresztą czyją. Ubierając się jednego buta znalazła pod łóżkiem, a drugiego w starym bukiecie kwiatów. A na jej skrzynce na listy mieścił się podpis Panna Holly Golightly- w podróży.

tumblr_nmmudujbyj1u8a7g3o1_1280

Bez Audrey nie mielibyśmy takiej Holly. Takiej, którą można polubić. Bo pomimo tego, że film kończy się romantycznym pocałunkiem w deszczu, nie można zapomnieć jaką buntowniczą i nieokiełznaną istotą jest bohaterka. Zanim znalazła się w czułych ramionach swojego mężczyzny, musiała najpierw porzucić rodzinę i męża. A potem włóczyła się po mieście w towarzystwie bogatych i obcych mężczyzn. I, co gorsza, doskonale się przy tym bawiła.

giphy

***

Może właśnie w tym tkwi sekret. A jest nim intrygująca i zabawna dusza Holly Golightly oraz klasa i styl Audrey Hepburn, dzięki którym nikt nie pozwoli sobie wyzwać ją od dziwek.
Może kobiety też pragną być młode i trochę postrzelone. Być ciągle w podróży i żyć dniem dzisiejszym. Z nadzieją, że na końcu padną w czułe ramiona i pocałunkiem w deszczu zostaną wyleczone ze wszystkich skrzywień i błędów przeszłości.


¹ Piąta Aleja, piąta rano – Sam Wasson, wyd. Świat Książki

Poprzedni post Następny post

Może ci się również spodobać

  • Świetnie napisane! Film jeden z moich ulubionych, a Audrey to niezaprzeczalnie ikona.