najgorszy rodzaj miłości
Damsko-męskie

Najgorszy rodzaj miłości

Wiem, że nigdy cię tak naprawdę nie kochałam, ale co poradzę, że tak bardzo pragnę być przytulana, kiedy się boję? Wiem, że to samolubne – i co z tego? Daj mi swoją miłość, daj mi swoje marzenia i daj mi poczucie własnej wartości. Daj mi wszystko co dobre i prawdziwe.
Bo ja już nie chcę się czuć beznadziejna. Daj mi wszystko co dobre w tobie, żebym już nie musiała się czuć tak podle.*

Najgorszy rodzaj miłości, to miłość samolubna. Bo tak naprawdę to jest strach przed samotnością, ale to jakoś tak kiepsko brzmi, więc ładniej nazwać to miłością.
Co za różnica czy jestem z tobą, bo boję się być sama czy dlatego, że cię kocham? Chyba liczy się to, że ostatecznie jesteśmy razem, nie?

No nie.

Najgorszy rodzaj miłości – to ta ze strachu przed samotnością

Ostatnio taki jeden znajomy rozstał się z dziewczyną. Pierwsza miłość, a pierwsza miłość ma to do siebie, że najczęściej jej się nie wybiera – ona się po prostu trafia. To on chciał tego rozstania i chciał go już od jakiegoś czasu, bo w pewnym momencie zaczął się zastanawiać czy ją kocha, a jak powszechnie wiadomo, kiedy człowiek się w ogóle zastanawia czy jeszcze kogoś kocha, to znaczy, że nie kocha już od jakiegoś czasu. Więc postanowił się w końcu z nią rozstać (bo taka myśl przyszła mu już nie raz do głowy w ciągu tych paru lat, ale tym razem starczyło mu odwagi, żeby to rzeczywiście zrobić).

I, już po fakcie, nagle go to uderzyło – że został sam. Że nie ma nikogo, nawet znajomych. Że tkwi w beznadziejnej pracy i teraz już nawet nie ma komu się o tym pożalić. I oczywiście wtedy uświadomił sobie, że za nią tęskni. I zaczął się zastanawiać. Bo skoro tęskni, to może jednak ją kocha? Może jednak warto by było o nią walczyć? Może on się zmieni? Może przestanie wybrzydzać i weźmie sobie taką, bo przecież wcale taka brzydka nie jest i może przecież zwyczajnie nie trafić na nic lepszego. Albo co gorsza- zdechnie w samotności, a tu nawet nie ma jednego kota, co by mógł mu twarz zjeść na sam koniec.

Świat pełen lepszych cycków, większych bicków, a jednak ktoś chce właśnie ciebie

Kiedy opisuję tę sytuację, to ogarnia mnie taki poziom irytacji i wnerwienia, że imploduję do środka, zanim jakakolwiek reakcja wydostanie się na zewnątrz w postaci przekleństw i werbalnego oburzenia, po prostu psychicznie zapadam się w sobie i fizycznie padam bezwładnie na łóżko. Zwijam się w burrito nieszczęścia i jest mi zwyczajnie smutno.
Smutno mi na myśl o tym ile jest ludzi na świecie, którzy są kochani właśnie w ten samolubny sposób. Autentycznie mnie to boli.

Bo wiecie, dziewczyny ludzie zazwyczaj nie chcą byle jakiej miłości. Każdy chce zostać wybrany. Każdy chce usłyszeć, że tyle ludu na świecie, że są wyżsi, niżsi, z lepszymi cyckami, z większymi bickami, a jednak ktoś chce właśnie ciebie. Bo tak. Bo dla mnie jesteś NAJ. I tyle.
Nikt nie chce być czymś na co druga strona jedynie łaskawie przystaje. To zwyczajny brak szacunku dla drugiego człowieka.

Mogę bez ciebie żyć. Ale nie chcę

Jasne, że teksty typu: „ja nie potrafię bez ciebie żyć!” i „nie wiem jak sobie bez ciebie poradzę!” czy cokolwiek w podobnym tonie, to wydaje się, że brzmi tak bardzo romantycznie. Ale według mnie brzmi to obrzydliwie.
Nie chciałabym, żeby ktoś nie mógł beze mnie żyć i nie mógł sobie beze mnie poradzić, bo to oznacza, że już teraz jestem obciążona odpowiedzialnością za czyjeś życie. Wolałabym być z kimś, kto może żyć beze mnie i sobie poradzi, ale zwyczajnie tego nie chce.
Może istnieć beze mnie, ale jednak wybiera opcję istnienia ze mną.

Oczywiście człowiek czuje się „stabilniej” i „bezpieczniej” z myślą, że ktoś bez nas nie może żyć, bo co by mu nie zrobiło, to nas przecież nie zostawi. I właśnie wiele patologicznych związków ma w tym pożywkę – facet może prać swoją dziewczynę po mordzie, bo przecież ona i tak nie może bez niego żyć. A ona może swojego faceta maltretować psychicznie i też jej nie zostawi, bo lepiej być z taką francą, niż być samemu.

Dlatego dobrze być niezależnym

Jasne, że we dwoje jest łatwiej. Zresztą ludzie po to tworzą związki – bo we dwoje przyjemniej się idzie przez to zasrane życie. Dużo gorzej się idzie, kiedy kogoś trzeba ciągnąć albo wiecznie się nim zajmować. Dlatego dobrze jest pozostać trochę niezależnym, odrębnym człowiekiem, a nie człowiekiem-związkiem, czyli dwugłowym potworem, który nie jest w stanie istnieć bez drugiej facjaty.

Dziewczyny, nie polegajcie nadmiernie na swoim facecie, że to on zawsze jeździ z Waszym autem do mechanika, albo że to on zawsze dolewa Wam płynu do spryskiwaczy – miło jeśli sam chce to dla Was robić, ale nauczcie się też tego same, żeby później nie zostać z rękami po łokcie w miednicy z olejem silnikowym i brakiem pomysłu co dalej. A Wy, faceci nauczcie się gotować, prać, prasować, robić zakupy czy załatwiać rzeczy związane z dzieciakami, bo też powinniście potrafić to ogarnąć, a nie tylko polegać na Waszych kobietach.

To samo jeśli chodzi o sprawy psychiczne. Dobrze jest mieć w kimś oparcie – ba!, to właśnie jest chyba sens tworzenia związków – ale w sytuacjach kryzysowych trzeba też umieć się samemu ogarnąć. Tak po prostu. Dobrze jest na kimś polegać, ale gdy nagle tego oparcia zabraknie, to możemy zbyt twardo wylądować na dupie. (Been there, done that.)

***

Nie ma połówek pomarańczy, arbuzów czy innych bakłażanów, bo każdy jest zupełnie autonomiczną i niezależną całością. Dopóki będziesz myśleć, że bez kogoś jesteś niekompletny, to wciąż będziesz oczekiwał, że druga osoba wypełni twoje braki. Będziesz chłonął czyjeś marzenia, nie znając swoich własnych. Będziesz oczekiwać, że ktoś będzie podbudowywał twoje poczucie własnej wartości, podczas gdy to ty powinieneś je hodować ze swoich komórek macierzystych. I wreszcie będziesz wymagał wiader miłości tylko po to, żeby choć przez chwilę nie czuć się jak totalny przegryw.


*parafraza piosenki Blue – Marina and The Diamonds

 

Poprzedni post Następny post

Może ci się również spodobać

  • Kinga Zając

    Ludzie naprawdę powinni umieć być sami. Czasami tak się właśnie zastanawiam czy kończenie jednego długiego związku i wskakiwanie w kolejny nie wynika z tego, że się człowiek czuje samotny i nie wie co ze sobą zrobić. Zawsze byłam zwolenniczką przerw po rozstaniu, żeby się człowiek sam ze sobą odnalazł. Z drugiej strony mam przyjaciółkę, która jest w związkach od 14 roku życia, bez przerwy dłuższej niż 2 miesiące. Teraz ma 24 i właśnie wzięła ślub ze swoim drugim długodystansowcem. I są kurde szczęśliwi.
    „imploduję do środka” to nie takie trochę masło-maślane? ;)

    • Gombrowicz kiedyś napisał „nie ma ucieczki przed gębą, jak tylko w inną gębę, a przed człowiekiem schronić się można jedynie w objęcia innego człowieka.” – i chyba coś w tym jest ;) A historia pozytywna, chociaż jestem ciekawa jak to wszystko będzie się miało za ładnych parę lat.

      Miało być „od środka”, może wtedy byłoby mniej maślanie :)

      (Cholera. I teraz mam ochotę na kanapkę z masłem.)

  • Z tego tekstu przebija idealizm. Ciekawe, ile osób faktycznie potrafi być z kimś bezinteresownie.
    Ja nie wiem, czy bym umiał. Wiem, że zdecydowanie umiem żyć sam. Jestem singlem, mam kota, a na randce ostatni raz byłem z 8 lat temu. Ktoś może pomyśleć – to niedobrze. Ale po co pakować się w związek na siłę?

    • Jak zwykle chodzi jedynie o zachowanie balansu. Nie chodzi o kompletną bezinteresowność ani też nie chodzi o nadmierne uzależnienie się od kogoś. Wszystko trzeba umieć wypośrodkować. W końcu łączymy się w pary po coś – już samo to wyklucza bezinteresowność.

  • To prawda. To też brak szacunku do siebie. Czasami mi się zdaje, że niektórzy czują się lepsi od innych bo mają kogoś. Naprawdę to takie osiągnięcie?