czego nauczyłam się w trakcie terapii
Bierz życie na klatę

Czego nauczyłam się w trakcie terapii

Dość długo zwlekałam ze zgłoszeniem się po pomoc. Wydawało mi się, że wciąż nie jest przecież ze mną AŻ TAK źle. Może mam gorsze dni, które zaczęły się niepostrzeżenie zamieniać w ciężkie tygodnie, a później nawet w miesiące, ale przecież były one przetykane dniami zupełnie dobrymi, więc z pewnością nie jest aż tak źle.

Przecież miałam wsparcie rodziny, kochającego chłopaka, pracę, pasję, a jednak… było mi źle. To było tak cholernie frustrujące! Bo nie potrafiłam logicznie tego wyjaśnić, nie potrafiłam wskazać bezpośredniej przyczyny mojego samopoczucia na poziomie rzadkiej kupy. Głowę miałam przepełnioną wszechobecnymi powiedzeniami w stylu „inni mają gorzej” i „zobacz, przecież niczego ci nie brakuje!”, więc wydawało mi się, że ja nawet na tę pomoc nie zasługuję. Czasem nachodziła mnie myśl, że może to jednak depresja, ale od razu sobie to wyjaśniałam, że przecież to niemożliwe, bo nie próbowałam popełnić samobójstwa. Okej, może czasem miałam ochotę się utopić pod prysznicem albo wbić paznokcia głęboko w rękę, żeby fizycznie poczuć ból, który mnie trawił psychicznie, ale hej! – w gruncie rzeczy, to chyba tylko takie żarty i sarkazm, prawda?

Przedwstępne lęki i obawy

Zajęło mi to niepotrzebnie dużo czasu, żeby wreszcie skorzystać z pomocy, której zwyczajnie potrzebowałam. Teraz, z perspektywy czasu widzę, że to było dość głupawe z mojej strony. No bo przecież, jak mnie zaczyna boleć ząb, to idę do dentysty od razu, a nie, że ja powinnam z tym zaczekać aż mi pół twarzy spuchnie od stanu zapalnego – wyjaśniając to sobie, że przecież inni mają gorzej!

Poza tym oczywiście martwiły mnie koszty takiej terapii. Jak sobie pomyślałam co innego mogłabym za te pieniądze kupić, to aż mnie ściskało w dołku. W dodatku, powiedzmy sobie szczerze, za co ja mam niby płacić? Za rozmowę! No bez przesady…
Ale później znalazłam jakiś jeden artykuł osoby po terapii, która napisała, że ona zaczęła myśleć o terapii jak o inwestycji w siebie. Ludzie inwestują w swój wygląd, nowe kursy czy studia zaoczne, które miesięcznie mogą kosztować dużo więcej, a szkoda im na terapię?

Wtedy właśnie pojęłam, że terapia to jest inwestycja w samego siebie na najwyższym poziomie. Nie da się bardziej w siebie zainwestować!
To pomogło mi co tydzień rozstawać się z pieniędzmi bez żalu. Pewnie miałabym teraz jakieś odlotowe wakacje dookoła świata za te pieniądze. Tylko co z tego, skoro bez terapii w podróż udałabym się z tymi samymi problemami i potworami w mojej głowie?

Początki są zawsze trudne

Terapia jest trochę straszna (na początku), bo siadasz przed zupełnie obcą osobą i nagle masz zacząć się przed nią uzewnętrzniać. Jest to cholernie trudne i wydaje mi się, że to budziło we mnie największy opór. Z czasem wytwarza się specyficzna relacja między pacjentem a terapeutą i człowiek zwyczajnie zaczyna się czuć w tej relacji bezpieczniej. Dlatego (mówiąc z własnego doświadczenia) nawet jeśli na początku jest ciężko, to warto dać temu szansę, bo z czasem jest łatwiej. Oczywiście nie każdy terapeuta nam od razu podpasuje, tak samo jak nie z każdym od razu się zaprzyjaźnimy – i to jest zupełnie okej, nie ma co się zrażać do samej terapii, tylko trzeba szukać dalej.

Przepraszamy – człowiek w przebudowie

Przez wiele miesięcy odczuwałam awersję do wszelkiego rodzaju poradników jak być lepszym człowiekiem, jak zmienić swoje życie, czy w ogóle jak żyć. Od razu mnie od takich rzeczy odrzucało. Odkąd zaczęłam terapię, to czułam się tak jakbym ja cała była w remoncie, podczas którego wszystko opiera się na różnorakich rusztowaniach i ulega ciągłym zmianom. W moim odczuciu to była żmudna i momentami nawet bolesna praca nad sobą. Więc już naprawdę rzygać mi się chciało, kiedy słyszałam, że jeszcze wypadałoby popracować nad tym czy tamtym.

Mija rok mojej terapii i nauczyłam się na niej naprawdę wiele – przede wszystkim o sobie. Jednak kiedy człowiek lepiej poznaje samego siebie, to w jakiś magiczny sposób wprost proporcjonalnie lepiej rozumie innych ludzi. Kiedy zaczęłam być bardziej wyrozumiała i pobłażliwa wobec siebie, to również zaczęłam z większą wyrozumiałością traktować innych.

Dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić kilkoma rzeczami, których udało mi się nauczyć w trakcie terapii. Może wydawać się, że to nic szalenie wielkiego, a jednak sprawiły one, że mój wewnętrzny komfort uległ znacznej poprawie.

Że to też przeminie

Kiedy rozpoczynałam terapię postanowiłam sobie, że kiedy poczuję, że wychodzę z tego bagna na suchą ścieżkę, to zrobię sobie tatuaż. Nie byłam pewna jaki on będzie, ale wiedziałam, że powinien symbolizować to, przez co przeszłam i że dałam radę. Później natrafiłam na historyjkę jak jakiś cesarz poprosił swoich mędrców, żeby opracowali jedną uniwersalną radę/odpowiedź, która pomagałabym każdemu człowiekowi w każdym możliwym problemie, niezależnie od czasów w jakich żyje. Jego doradcy powrócili do niego z taką odpowiedzią: „to też przeminie”. Kiedy to przeczytałam, to coś przeskoczyło w mojej głowie. Od tamtej pory wielokrotnie te słowa wyciągały mnie z morza czarnych myśli. Wtedy zrozumiałam, że to właśnie te słowa chcę mieć zawsze przy sobie, w miejscu, które będę bez problemu widziała, a jednocześnie będzie ten tatuaż bardziej dla mnie, niż dla innych.

I w ten sposób na wewnętrznej stronie mojego ramienia pojawił się napis „this too shall pass”.

Że nie jestem swoimi emocjami

Niektórzy nazywają to przyjmowaniem perspektywy muchy siedzącej na ścianie, ale mój psychiatra określił to stanem, w którym się jest okiem cyklonu i właśnie to drugie porównanie jakoś lepiej we mnie rezonuje. Umiejętność postawienia się nieco z boku do samego siebie – do swoich emocji, uczuć, wrażeń, uprzedzeń, reakcji – jest jedną z najtrudniejszych rzeczy, jakie ostatnimi czasy przyszło mi opanować. Dzięki temu nauczyłam się nie dawać się porwać naprawdę paskudnym myślom. Wyobrażam sobie, że są jak fale – wznoszą się, opadają, ale ostatecznie odchodzą. Nad samymi falami nie zapanuję, ale mogę nauczyć się na nich surfować.
Zresztą wciąż to ćwiczę i to nie jest tak, że w mojej głowie nie kiełkują takie autoagresywne myśli – po prostu teraz potrafię je dostrzec, rozpoznać i przegonić zanim zrobią spustoszenie.

Żeby nie brać odpowiedzialności za życie i zachowanie innych ludzi

Dawniej byłam gotowa rzucić wszystko i biec komuś na pomoc. Byłam gotowa zaniedbać siebie, innych, różne obowiązki, byleby podjąć próbę wyciągnięcia drugiej osoby z bagna. Martwiłam się i zadręczałam, próbując wciąż szukać rozwiązań i sposobów jak mogłabym komuś pomóc, kiedy ta druga osoba mogła to zwyczajnie olać, wzgardzić i nic sobie z tego nie robić.

Nauczyłam się budować w sobie nieco dystansu do cudzych poczynań. Przestałam za to brać odpowiedzialność. Wciąż staram się pomóc, jeśli tylko jestem w stanie. Ale już nie ganiam za nikim na złamanie karku i przede wszystkim za nikogo nic nie robię. Teraz jestem głęboko przekonana, że każdy popełnia błędy na własną odpowiedzialność. I właśnie ta myśl sprawiła, że dużo nieuświadomionego dotąd ciężaru spadło z moich barków.

Że nie wszystko muszę rozwiązywać, nie na wszystko muszę odpowiadać

Kiedyś byłam przekonana, że każdy problem należy wyłożyć na stół i zrobić mu sekcję jak jakiemuś trupowi w kostnicy. Na terapii zrozumiałam, że niektóre trupy warto zostawić w spokoju. Nie każdy problem da się rozwiązać rozmową. Czasem nie warto prowadzić wciąż tych samych kłótni czy zażartych dyskusji, które niczego nie rozwiązują i do niczego nie prowadzą. Nauczyłam się, że czasem w trosce o pewne relacje i o samego siebie, niektóre rzeczy warto zostawić takimi, jakimi są. Żeby ochronić to, co zostało.
To nie jest tak, że zamiatam problemy pod dywan, ja po prostu podchodzę do nich bardziej selektywnie, bo czasem naprawdę nie ma sensu się kopać z koniem. Jeśli nie jesteś w stanie czegoś zmienić, to musisz zmienić swoje podejście do tego.
Nauczyłam się wybierać swoje bitwy i to też sprawiło, że jakiś ciężar ze mnie spadł.

***

Wgląd w moje problemy osoby z zewnątrz, która nie jest emocjonalnie ze mną związana, był czymś nieocenionym. Kiedy szłam na terapię, to czułam się jak jelonek zagoniony w róg, próbujący przebić głową ścianę, która w dodatku jest niewidzialna – czułam, że brakuje mi narzędzi. Wiedziałam, że są ściany, które należałoby rozwalić i ewentualnie postawić na nowo, ale nie bardzo wiedziałam jak tego dokonać. Terapia dała mi narzędzia, ale też osobę, która z lekkiego dystansu podpowiadała, gdzie można by walnąć młotkiem, a gdzie można już spokojnie załatać zaprawą.


Jak to zazwyczaj bywa u osób po terapii, ja również ją polecam każdemu kto mi się nawinie!

Photo by Peter Chamberlain on Unsplash

Poprzedni post Następny post

Może ci się spodobać