Uncategorized

Saldo V

Podsumowuję, bo już tak mam. Co poradzisz, jak nic nie poradzisz.

Wiecie co mi się podoba w takich podsumowaniach? Że z perspektywy czasu zaczynają tworzyć takie pachołki jak są w górach, żeby wyznaczać szlak, kiedy nasypie śniegu po szyję. Właśnie to widzę, kiedy czytam stare salda i przypominam sobie co było, co sprawiało mi trudności i ile się w międzyczasie pozmieniało. Im dalej w las, tym naprawdę ciekawiej. Dlatego mimo moich początkowych wątpliwości czy jest sens kontynuować tę tradycję, zdecydowałam, że cholera, warto!

O razu chcę Was również zaprosić do wypełnienia noworocznej ankiety czytelniczej, którą robię co roku i dzięki temu widzę jak nie tylko ja się zmieniam, ale również i Wy! Wyobraźcie sobie, że tego bloga piszę 4 lata, dacie wiarę? Kto by pomyślał, że tak się skończy moje jedno z  postanowień noworocznych cztery lata temu…
Będzie mi bardzo miło, jeśli wypełnicie dla mnie tę krótką ankietę:

>>>>>>>>>>>>>>>>>>> ANKIETA NOWOROCZNA<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

Chyba pozwolę sobie znowu zrobić podsumowanie roku według tego samego schematu co poprzednim razem.

Gdzie byłam

Najpierw pojechałam do Warszawy na zaproszenie przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce na seminarium dla takich ludzi z internetów jak ja. To było moje pierwsze takie kameralne spotkanie, które zaowocowało naprawdę fajnymi znajomościami. Stwierdziłam, że w takich klimatach czuję się najlepiej i też jestem bardziej „towarzysko efektywna”.
Jakoś później z kolei była jedyna duża konferencja blogerska, na której się pojawiłam – Blog Conference Poznań. Było w porządku, ale psychicznie czułam się zawalona gruzem, więc szczerze moja efektywność towarzyska leżała i kwiczała.
Dalej były wyjazdy na koncerty – Queens of The Stone Age w warszawskim Torwarze i niedługo potem kolejny Open’er oraz spełnienie moich nastoletnich marzeń w postaci koncertu Gorillaz.

Tym razem udało mi się częściej jeździć w góry, a podczas jednej z tych wycieczek mój chłopak mi się oświadczył i w ten sposób zamienił się w narzeczonego :)
Niedługo później pojechałam na Spotkanie Ludzi Myślących w Sopocie, gdzie po raz kolejny w aurze kameralnego spotkania wchłonęłam dużo ciepła, pozytywnej energii i znajomości, które przetrwały. (O dziwo, bo generalnie mam wrażenie, że jestem kiepska w te klocki.)

W sierpniu zdecydowałam, że odwiedzę mojego bracholka, który mieszka w Bristolu i z tej okazji w listopadzie pierwszy raz leciałam sama samolotem. Może nie odczuwam panicznego strachu przed lataniem, ale jednak zawsze jakiś tam dyskomfort w głowie mam, więc taka podróż była dla mnie czymś ekscytującym (wiadomo, każda turbulencja, to człowiek już się żegna z życiem). A niemal tydzień później poleciałam do Brukseli na wyjazd studyjny znów na zaproszenie przedstawicielstwa KE w Polsce. Miałam okazję porozmawiać z ciekawymi ludźmi, zasięgnąć informacji z pierwszej ręki na palące tematy i przy okazji zwiedzić sobie te wszystkie instytucje, które się kojarzy z telewizji. To było naprawdę ciekawe przeżycie, a nasza grupa była tak cudowna, że nawet teraz po kilku tygodniach wciąż czuję ciepełko w serduchu na to wspomnienie.

Co osiągnęłam

W końcu, po niemal roku szarpania się sama ze sobą, postanowiłam zgłosić się po pomoc. Najpierw rozpoczęłam psychoterapię, chociaż trochę się tego bałam i czułam się z tym mocno niepewnie. Nie żałuję i czuję się teraz jakby ktoś mi dał do ręki wiertarko-wkrętarkę, a ja do tej pory próbowałam sobie radzić ze wszystkim zwykłym śrubokrętem.
Kilka miesięcy później, kiedy już naprawdę nie ogarniałam, przyznałam przed sobą, że bez tabsów to ja chyba daleko nie ujdę. I w ten sposób pierwszy raz w życiu wybrałam się do psychiatry. Teraz wiem, że to była najlepsza decyzją, jaką podjęłam w 2018 roku. Pół roku na antydepresantach, a od jakiegoś czasu już bez, choć wciąż kontynuuję psychoterapię. I wiecie co? Jest dobrze. A nawet jeśli czasem nie jest, to nauczyłam się przez ten rok przyjmować wszystkie stany i odcienie moich wewnętrznych odczuć.
Wiem, że te fale są nieuniknione, więc postanowiłam chociaż nauczyć się na nich surfować.

Jak się mają moje projekty

Zaczęłam doceniać, że mój blog nie jest moją pracą, a moje źródło utrzymania jest od niego zupełnie niezależne. Dzięki temu mogę czasem sobie odpuścić i nie pisać nic, albo pisać na tematy, które prawdopodobnie tylko mnie kręcą. Nie płaczę nad statystykami i nie martwię się, że nie mam ofert współpracy.  I ta niezależność jest fantastyczna!

Z końcem roku za to podjęłam taką maleńką współpracę, która jest zupełnie niezwiązana z blogiem i nie dostaję za to pieniędzy, ale wymaga ode mnie pisania i jest kreatywnym wyzwaniem. Może kiedyś zdradzę więcej, ale póki co niech to będzie tylko moje ;)

W pracy jak to w pracy, nie ma co strzępić ryja. Ale nawet tam też bardzo wiele się nauczyłam przez ten rok – o sobie, ale też o innych. Dostałam awans, ale też dostałam więcej kłopotów – jak to w pracu.

Gdyby to był rok kogoś innego, to jak byś go skomentowała

To był trudny rok z wieloma wybojami po drodze, ale byłaś naprawdę dzielna i zobacz – dałaś radę!

Czego nie zrobiłam, a chciałam

W sumie nie mogę sobie niczego takiego przypomnieć. Chyba w ciągu tego roku powiedziałabym, że bardziej świadomie nie robiłam nic, czego nie chciałam. Postawiłam siebie na pierwszym miejscu i we wszystkim starałam się kierować głównie troską o samą siebie.

Jak tak patrzę, to nawet nie mogę sobie zarzucić, że nigdzie nie jeździłam, bo teraz wydaje mi się jakbym bez przerwy gdzieś się szlajała. Och, no może żałuję, że nie udało mi się ponownie wyskoczyć do Poznania na desko-wrotki. Tak, z tym wtopiłam…

Co zrobiłam, a nie planowałam

Zerwałam jedną dość dobrą znajomość. Już po fakcie uświadomiłam sobie, że ta relacja była dla mnie szalenie obciążająca psychicznie, więc w sumie w efekcie okazało, że wyszło mi to na dobre. Ale swoje i tak musiałam odchorować, wypłakać i wycierpieć. Kolejna trauma do kolekcji.

Czego chciałabym więcej

Chciałabym więcej dobrych ludzi wokół siebie. Więcej żartów i śmiechu do rozpuku, że aż chwytają skurcze w szczęce. Więcej tego surferskiego spokoju, który udało mi się załapać pod koniec roku.

***

Kiedy zaczynał się rok 2018 to byłam w takiej ciemnej…, że naprawdę w życiu nie przyszłoby mi do głowy, że mogłabym kiedyś określić ten rok jako dobry. A jednak rok już minął, ja spoglądam przez ramię wstecz i się do siebie uśmiecham. Uśmiecham się tak jak dawniej i stwierdzam, że to był mimo wszystko dobry rok. Biorę go jakim jest – ze wszystkimi odcieniami czerni, żółci, czerwieni, a nawet sraczki – biorę wszystko!


A ankietę wypełniłaś, koleżanko? A ty, kolego?? No już, bez paniki, jeszcze zdążysz – link jest TUTAJ.

Poprzedni post Następny post

Może ci się spodobać