blade nogi
Bierz życie na klatę

Mam blade nogi i jakoś z tym żyję

Niedługo zacznie się robić ciepło, więc naturalnie odsłonię nogi i pokażę światu swoją opaleniznę, która jest mniej więcej w odcieniu mąki, typu: tortowa. I już nie mogę się doczekać aż padnie klasyczne pytanie: „hej Bere, a ty to się opalasz w ogóle?”
No więc już Wam mówię, że ja się nie opalam – ja jedynie przyjmuję inny odcień bladości.

Wiecie, kiedyś to ja się strasznie tej mojej bieli wstydziłam. To było w czasach, kiedy byłam jeszcze szczeniakiem. (Ale tak w sumie to chyba my wszystkie zawsze w głowie pozostajemy tymi troszkę zakompleksionymi nastolatkami.) Może z czasem już mniej tych kompleksów, ale to ich widmo gdzieś tam ciągle się czai z tyłu naszych mózgów. A przynajmniej ja tak mam. Nie wiem jak Wy.

Zatem miałam zakodowane, że bladość jest ogólnie „fuj” i „be”. Nie jest to ładne, bo dziewczę jak ten trup wygląda, albo chociaż jak ta córka młynarza. Albo wampir co dopiero wyczołgał się ze swojej trumny. I tak jakoś też przez wieczne smażenie się na słońcu moich koleżanek miałam utwardzone wewnętrzne pożądanie opalenizny. Niestety opalenizna nie pożądała mnie. Więc ja mogłam się opalać, a raczej dostawać oparzeń słonecznych, które skutkowały na tym, że wyglądałam jak jeden wielki ludzki burak, a później schodziła mi skóra i kończyło się właśnie na deczko innym odcieniu bladości.

Taki typ mąki

No mam taki typ mąki urody i tyle. W sumie taki ze mnie typ, że w ogóle nie powinnam się opalać. Niestety zostałam o tym uświadomiona dość późno przez lekarkę, do której poszłam z moimi znamionami barwnikowymi (pieprzykami), a ona jak zobaczyła, że mam krótkie spodenki, to prawie mnie tam zaczęła tłuc. Że ja to powinnam w kapeluszach z półmetrowym rondem chodzić! Że długie kiecki! Że z cienia do cienia przemykać! Najlepiej to w ogóle omijać godziny największego prażenia słońca!
Ale widząc moje wielkie oczy trochę zeszła z tonu i pocieszyła mnie, że taki typ urody mam – arystokratyczny, ot co. Że kiedyś ludzie to się mąką bielili, a opalenizna to dla plebsu była.

Arystokratka się znalazła

Hm. No powiem szczerze, że być bladą jak trup to mi się nie uśmiecha, ale już być arystokratycznie bladą – to brzmi znacznie lepiej.
I właśnie tak stałam się mentalną arystokratką.

Teraz każdy i ktokolwiek może zrobić wielkie oczy widząc moje blade nogi w środku lata, które w słońcu to wręcz oślepiają odbijanym światłem, a mnie to nie ruszy.
Każdy może mi powiedzieć, że mogłabym się opalić, a ja wzruszę ramionami i odpowiem, że mi się podoba tak jak jest.

I powiem Wam szczerze, że ja to autentycznie lubię moją bladość. A dzięki temu nie muszę już się kisić w długich spodniach w upały, wmawiając sobie, że „przecież mam takie blade nogi, aż wstyd je pokazywać!”. Może to głupie, ale zaakceptowanie tego mojego „typu urody” sprawiło, że poczułam się… wolna. A przede wszystkim przestałam się czuć jak ostatnia maszkara. Bo niby jak ma się ktoś czuć, kiedy porównuje się do, dajmy na to jakiejś takiej Megan Fox czy innej Edyty Górniak, kiedy sam wygląda bardziej jak Ania z Zielonego Wzgórza? No nijak to się ma do siebie. Za to jeśli uznamy Emmę Stone za jakiś kanon piękna, to wtedy Megan Fox wydaje się wyglądać zupełnie bez sensu.

Zatem żebym poczuła się lepiej ze sobą wystarczyło, że zmieniłam punkt odniesienia. I w ten sposób moje życie nagle stało się jakby łatwiejsze i o wiele przyjemniejsze.

***

Pewnie każdy z nas ma w sobie coś, co go uwiera i wydaje mu się, że jest to jakieś niedociągnięcie ze strony natury, które nijak się ma do aktualnych trendów. Był moment, że piegi były strasznie nietaktowne, a teraz nagle ludzie stworzyli specjalne kredki do malowania piegów, a nawet sobie je tatuują! Oczywiście łatwiej jest polubić w sobie coś, co akurat jest modne. Ale w tym wszystkim chodzi właśnie o to, żeby wytworzyć w sobie poczucie wewnętrznego trendu i wtedy Twoja naturalna uroda nigdy nie będzie passé. Z piegami czy bez.

Poprzedni post Następny post

Może ci się również spodobać

  • Zacznij mówić, że dłużej będziesz młoda, bo słońce nie wypali ci kolagenu ze skóry – działa i daje innym do myślenia ;)

    • O tak, to też jest wspaniały powód, żeby jednak unikać słońca! :)

      • Słońca jako-tako nie unikam, wręcz przeciwnie, ale mam taką dziwną karnację, że jak się opalę, to albo słabo widać, albo tydzień płaczę o żel aloesowy na oparzenia, więc wolę się nie opalać xD

  • Grażynka Łupinka

    Mam to samo! Ale mi się akurat nigdy opalenizna nie podobała. ;)

  • Ej, dla mnie bladość to zawsze była podstawa! Bladość pasuje do czarnych ciuchów i daje ludziom wyraźnie znać, że w moim życiu coś takiego jak słońce zewnętrzne i wewnętrzne nie istnieje. Bladość jest zawsze gustowna i dystyngowana. Opalenizna zawsze była dla mnie modną godną najwyżej Karyn z osiedla. Poza tym ostatnio dowiedziałam się, że pięć minut w solarium kosztuje 40 zł, seeerio? Serio?
    U niektórych dziewczyn ładnie wygląda naturalnie ciemna cera, ciemne oczy i włosy, ale subiektywnie zawsze byłam fanką bladości i błękitnych oczu bez wyrazu. I u dziewczyn, i u facetów.
    W ostatnie wakacje jednak pracowałam stojąc na słońcu i opaliłam się mocno mimo kremów, i nawet całkiem ładnie, więc całe wakacje szpanowałam wśród moich znajomych z „inteligencji” jak to praca fizyczna cudownie wpływa na urodę :P Na udary słoneczne też cudownie wpływa, ale to inna sprawa :P
    Musiałam więc dojść do wniosku, że w zasadzie mi wszystko jedno. Fajnie jest być arystokratycznie bladą, szczególnie gdy ma się naturalnie jasną cerę, ale z drugiej strony fajnie jest opalić się w pracy i czuć jak porządna klasa robotniczo-chłopska ryzykująca zdrowiem dla wspólnego dobra społeczeństwa.
    Ergo – na kompleksy najlepiej mieć rozdwojenie jaźni.
    pozdrawiam

    • „Na kompleksy najlepiej mieć rozdwojenie jaźni” – ha! mega <3

  • Ja zawsze lubiłam swoją nie-opaleniznę. Że jestem wampirem słyszałam wielokrotnie, ale zważywszy na to, że miałam wtedy hopla na wampiry – bardzo mnie to cieszyło. :D Nigdy nie uważałam, że brak opalenizny, czy ogólna bladość w jakimkolwiek odcieniu jest jakąś przywarą, wręcz przeciwnie.
    Pamiętam za to, jak niektóre moje znajome regularnie uczęszczały do solarium – nie będę w stanie wymazać z pamięci obrazu spalonych frytek chodzących ze mną do szkoły. Koszmar, mam ciarki, jak tylko o tym pomyślę.

    • Myślę, że ta krótka faza na wampiry pomogła nie jednej dziewczynie w zaakceptowaniu bladości, czyli jednak wynikło coś pozytywnego z tych wampirów! ;)

  • Zawsze miałam kompleks na punkcie nieopalonych nóg – kurcze, początek maja, pierwsze poważne upały a laski już brązowe! Jak, jak?? Później przestałam o tym myśleć, bo urodziłam dziecko…a później okazało się, ze nieźle się opalam, kiedy biegam z nim na dwór. Problem rozwiązał się sam, choć do tej pory nie umiem położyć się i po prostu leżeć żeby się opalić… :)

    Widzisz, dzięki Twojemu postowi pomyśle, że ktoś jest jak mąka bo musi lub sam tak wybrał – bo dawniej myślałam „o, ona jak ja się nie zdąrzyła opalić” :D

    • Jak to fajnie zmienić czyjeś myślenie na temat bladych nóg – jak nie swoich, to przynajmniej innych! <3 ;)

  • Ja się tam nie wstydzę swojej bladości. Gorzej reaguję na to, że zaraz się zrobi ciepło, a ja na swoich pięknych udach mam troszkę cellulitu :)