Damsko-męskie

O zmęczeniu materiału

Każda miłość jest jak ognisko. Zaczyna się od tej pierwszej iskry. Potem stopniowo podkładacie suchą trawę, gałązki a z czasem gdy ogień jest już pewniejszy i miarowy to dorzucacie gałęzie i grube konary. Bo wiecie, że tak duży ogień jest już w stanie sobie z tym poradzić.
Dopóki obydwoje dbacie o swoje ognisko – jest mód malina, ziemniaczki się pieką w popiele a nad ogniem skwierczy mięsiwo jakiegoś dzika, sarny czy innego królika.
Ale kiedy jedno odpuści podkładanie, drugie po jakimś czasie zaczyna wątpić w cel utrzymywania tego ognia w pojedynkę. Z czasem ognisko naturalnie wygasa. Zostaje gorący żar, który później zmienia się w lekko ciepły popiół. A ostatecznie, po wszystkim, zostaje tylko zimny, czarny ślad.
Miłość nigdy nie kończy się nagle. Umiera jak człowiek- w etapach.

Etapy umierania związku

#1 Zaprzeczenie

Przecież to wcale nie jest problem, że on nie lubi chodzić na imprezy czy popala czasami fajki. A ona może i kupuje tuzin butów i upija się w weekendy, ale to nie ma teraz większego znaczenia. Z czasem na pewno się zgracie, dotrzecie i zmienicie na lepsze.

#2 Gniew

Dlaczego do jebanej kurwy nędzy on musi się zachowywać jakby zamienił miejscami głowę z dupą?! Dlaczego ona zawsze musi mieć ostatnie zdanie?! Jakim cudem to zawsze ja jestem ten zły/ta zła?! I wreszcie honorowe miejsce: dlaczego jesteś taki beznadziejny/beznadziejna?

#3 Negocjacje

Myślicie, że może jeśli oboje się postaracie, to wtedy jakoś się ułoży. Może spróbujecie ze sobą rozmawiać bardziej otwarcie. Rozwiązywać wszystkie problemy od ręki. On nie będzie rzucał słów na wiatr, a ty zaczniesz traktować go trochę mniej dosłownie.
Przecież się kochacie, a miłość w tym wszystkim jest najważniejsza, tak czy nie?

#4  Nadzieja

Jest dobrze. Oboje uważacie na swoje zapalniki i omijacie je szerokim łukiem jak miny przeciwpiechotne. Chyba jednak w końcu wyjdziecie na prostą. Nareszcie się dogadujecie i już dawno nie było między wami tak dobrze.
To jest syndrom „ostatniego dobrego dnia”, czyli moment zanim związek wpadnie w agonię i zacznie zmierzać jednokierunkową autostradą do piekła.

#5 Depresja

Znów pokłóciliście się o to samo. Wciąż chowacie do siebie te same urazy, a cały ten syf uparcie wyłazi spod dywanu. Stwierdzacie, że to jest bez sensu. Nic nie ma sensu tak właściwie.
To jest impas. Nadal gonicie własną dupę, tylko że po większym okręgu.

#6 Pogodzenie się

To jest ten etap, w którym uświadamiacie sobie, że się nie zmienicie. A co za tym idzie- nic w waszym związku również się nie zmieni.  Już wiecie, że nie wszystko da się naprawić. I nie wszystko jest warte ciągłego łatania i reperowania.


Zbyt często się nadwyrężamy nawzajem. Zbyt często podchodzimy tuż nad granicę czyjejś wytrzymałości. Zbyt łatwo przychodzi nam testowanie jego/jej miłości, jak bardzo jej/jemu na mnie zależy i jak wysoko uda się jemu/jej podskoczyć.
Każdy ma swój  breaking point-  punkt, w którym nasza wytrzymałość osiąga wartość krytyczną. W fizyce coś takiego nazywane jest granicą zmęczenia i oznacza najmniejszą wartość naprężenia oddziałującego na materiał, po której przekroczeniu następuje nieodwracalna deformacja na przykład w postaci rozerwań i pęknięć.
Zatem zastanów się czy naprawdę musisz wiedzieć jak dużo zniesie twoja druga połowa zanim coś w nim/niej nie pęknie i nie przypierdoli ci patelnią w ryj?

Będąc z tej drugiej strony, kiedy  w końcu ktoś przekroczy twoją granicę wytrzymałości, odważ się powiedzieć (tak choćby z szacunku do samego siebie) – kocham cię, ale siebie kocham bardziej. 

Poprzedni post Następny post

Może ci się również spodobać

  • Ja uważam, że mimo wszystko zawsze warto jest walczyć o miłość, jedyna sytuacja, gdy trzeba odpuścić, to gdy druga osoba Cię wykorzystuje, albo nie próbuje się postarać dogadać. Każdemu zdarzają się kłótnie. Ja z moim chłopakiem miałam taki okres w naszym związku, że prze dosłownie kilka miesięcy kłóciliśmy się non stop. O wszystko. A okazało się, że to „wszystko” wynika z tego, że boli nas jakaś jedna głębsza sprawa i przez to wszystko się wali. I mimo, że był czas, że już chcieliśmy odpuścić, naprawdę… to po milionie szczerych rozmów jakoś się dogadaliśmy. I teraz jesteśmy już ze sobą prawie 5 lat, mieszkamy razem i jesteśmy bardzo szczęśliwi. Najważniejsze w związku, to nie sama miłość, tylko rozmowa o tym co nas boli i chęć zrozumienia tego przez drugą osobę, jeśli potrafimy ze sobą rozmawiać rozumiemy swoje potrzeby,a przede wszystkim chcemy dla siebie dobrze. No i oczywiście nie obejdzie się bez tego, żeby jednak czuć do siebie jakiś „magnetyzm”. Wtedy nawet i po czasie miłość rozkwitnie na nowo. Mój chłopak ostatnio powiedział mi ważną rzecz, że na początku naszego związku po prostu mnie lubił, spędzać razem czas i dobrze czuł się w moim towarzystwie, potem chyba mnie pokochał, ale nie potrafił o to dbać i doceniać, a dopiero teraz po tych wszystkich kłótniach, łzach i złościach wie, że kocha mnie naprawdę. I ja czuję to samo. Czasem do miłości po prostu trzeba dojrzeć, a niestety nie każdy to potrafi.

    • Masz oczywiście rację. Osobiście nie jestem osobą, która łatwo się poddaje. Ale właśnie chodzi o wyczucie tego momentu, kiedy lepiej sobie odpuścić bo szkoda życia. Co jest cholernie ciężkie.