Bierz życie na klatę

O tym jak przeglądałam się w lustrze

Dzisiaj napiszę do Was list i opowiem Wam co u mnie tak jakbym pisała do dawno niewidzianych przyjaciół. Bo trochę właśnie tak to czuję. Niektórzy z Was są tutaj ze mną od lat. Chociaż nie odzywam się zbyt często, to czasem piszecie do mnie wiadomości na IG, a ja już Was traktuję jak dobrych znajomych.

Dziś u mnie pada. Siedzę na łóżku z laptopem na kolanach, a dźwięk tłuczącego się deszczu o okno dachowe mnie otula w najlepszy z możliwych sposobów. Jest idealnie. Kocham wiosenne deszcze i zapach który ze sobą niosą. Zaciągam się nim i ćpam go aż po koniuszek każdego pęcherzyka w moich płucach. Maj i czerwiec to dla mnie zapachy.

No właśnie, znów czerwiec. Znów truskawki z cukrem i śmietaną. Rozgrzany asfalt i piaszczysta ścieżka w górę cmentarza. Zła data na nagrobku i imię za którym coraz mgliściej majaczy osoba. Charakter, żarty i tembr głosu. Ale pozwólcie, że dziś nie o tym będziemy mówić. Na czerwcowe smutki i sentymenty przyjdzie jeszcze czas, niech no tylko truskawki staną się soczyste i słodkie.

Kwiecień i połowa maja były dla mnie… powiedzmy, że trudne. Były dni, kiedy czułam, że coś wciąga mnie pod wodę. Walczyłam z całych sił, młóciłam tę czarną wodę rękami i nogami z całych sił. Co jakiś czas udawało mi się wyciągnąć głowę na powierzchnię i złapać kilka panicznych oddechów.

Co mnie wciągało pod wodę? Ja sama, jak to zwykle bywa. Żeby to wyjaśnić użyję oczywiście metafory – wiecie jak je kocham. Ostatnio czytałam serię Lustrzanna, gdzie główna bohaterka miała specjalną zdolność przechodzenia przez lustra. Wchodziła jednym i wychodziła drugim w zupełnie innym miejscu. Ale żeby tego dokonać musiała stanąć z samą sobą twarzą w twarz. Tylko ludzie, którzy są ze sobą szczerzy, wiedzą kim są i nikogo nie udają, są w stanie zanurzyć się w swoim odbiciu.

Ostatnio zaczęłam przeglądać się w lustrze i zastanawiałam się czy wciąż jestem sobą. Bardzo chciałam zobaczyć w odbiciu tą samą Berenikę, którą byłam, kiedy na przykład zakładałam tego bloga. Berenikę, której się chciało, która miała pasję i potrzebę dzielenia się z innymi co tam sobie akurat kminiła w głowie. Berenikę, która chciała czuć się potrzebna. I która wbudowała w swoją tożsamość to wirtualne miejsce.

Problem polegał na tym, że tej Bereniki już nie mogłam zobaczyć w swoim odbiciu. Nie wiedziałam, czy to jest coś, co jeszcze mogę sobie przypomnieć, czy może już po prostu to minęło. Myślałam sobie, że może jakoś uda się wyciągnąć to dawne odbicie? Jakoś przywołać?
W rdzeniu tych pytań tak naprawdę chodziło o to co ja mam zrobić z tym blogiem. Czy jest we mnie jeszcze ta Berenika, która chce i może go prowadzić, czy może jej już nie ma i należałoby wreszcie przełknąć to odwlekane gorzkie pożegnanie. Nie oczekiwałam odpowiedzi natychmiast, rzuciłam to pytanie w wszechświat i dopóki nie znajdę na nie w sobie odpowiedzi, to zupełnie zadowalam się prostym nie wiem.

Natomiast udało mi się w końcu przejrzeć w lustrze i zobaczyć osobę, którą się stałam. Zmieniłam się i to bardzo. Nawet biorąc tego bloga, to wiele z moich tekstów sprzed lat, teraz podarłabym w drobne kawałeczki. Już nie potrafię się w nich przejrzeć. To już nie jestem ja. I wiecie co? To cholernie dobrze. Doszłam do wniosku, że nigdy nie chciałabym być osobą, o której się mówi, że nic a nic się nie zmieniła. Ostatnio zobaczyłam jak wygląda ktoś, kto przez lata się nie zmienił i powiem Wam, że aż się wzdrygnęłam.

Drugą ręką, która wciągała mnie pod wodę, było to że miałam wrażenie jakby każdy się rozwijał i czegoś chciał a ja stoję w miejscu, sączę drinka i generalnie egzystuję. Tyle osób wokół mnie robi jakieś dodatkowe kursy, uczy się nowych programów, zaczyna nowe prace, hobby albo uparcie dążą do stworzenia czegoś własnego, a ja? Mam pracę, która nie ma żadnego znaczenia. Coś tam klikam, coś tam wrzucam i od czasu do czasu mogę zrobić coś kreatywnego, co daje mi chwilową satysfakcję.
Hej, hej, hola, hola! – powiedziałam sobie w przebłysku samoświadomości – czy sprawia ci to dyskomfort, bo sama chciałabyś coś zrobić czy może to małpi odruch, żeby kopiować co robią inni?

Ostatnio często sobie zadaję pytanie: czy to jest moje, czy to jest czyjeś? Czy to są moje marzenia, czy czyjeś? Czy to są moje cele, czy czyjeś? Czy to są moje pragnienia, czy oczekiwania społeczeństwa? Czy to są moje emocje, czy może czyjeś? Powiem Wam szczerze, że takie zdanie-haczyk zrobiło mi wyłom w mózgu. Zupełnie jak łapanie się na słowie „muszę” i zamienianie go na „chcę”.

Bo wiecie, my nic nie musimy tak naprawdę. Nie muszę opłacać raty kredytu, ale chcę, bo chcę zachować dom. Nie muszę pracować, ale chcę, bo chcę mieć poczucie bezpieczeństwa, stabilizacji i pieniądze, które mogę wydawać na rzeczy, które sprawiają mi przyjemność. Nie muszę w sobotę sprzątać, ale chcę, bo lubię odpoczywać, kiedy panuje wokół mnie porządek. A jeśli za tydzień stwierdzę, że w sumie to nie chcę, to nie kiwnę nawet małym palcem u nogi w kierunku sprzątania. Absolutnie nic nie muszę, absolutnie wszystko mogę. Jakie to jest uwalniające!

Od jakiegoś czasu też bardziej mam gdzieś jak inni mnie odbiorą. Jeśli czuję się smutna, to jestem smutna. Jak jestem zła, to się złoszczę. Jak nie mam ochoty gadać, to sobie kurwa milczę. Mam totalnie gdzieś czy wyjdę na dziwną i niezręczną. Bo hej, ja właśnie taka jestem!
Zaczęłam wychodzić z założenia, że ani nie mam ochoty ani czasu, żeby udawać kogoś kim nie jestem albo starać się kogokolwiek do siebie przekonać.

Chyba pora przybijać do jakiegoś brzegu, choć wygląda na to, że sama będę musiała ten brzeg naprędce usypać.
Zaczęłam od metafory wody, to bez trwogi pójdę w nią dalej. W kwietniu i maju czułam się porwana przez nurt, który to raz mnie wyrzucał na powierzchnię, to za chwilę wciągał mnie gdzieś w odmęty głębin. I w którymś momencie przypomniałam sobie, że kiedy porywa nas nurt rzeki, to najgorsze co możemy zrobić, to z nim walczyć. Kiedy coś takiego się dzieje, powinniśmy zrobić coś dokładnie odwrotnego do tego, co podpowiada nam intuicja – czyli się rozluźnić i pozwolić, żeby rzeka wyprowadziła nas swoimi meandrami na brzeg.
I to jest dokładnie to, co teraz robię. Pozwalam sobie być. Pozwalam sobie niczego nie chcieć, niczego nie tworzyć, nie robić i nie mieć planu. Pozwalam sobie nic nie musieć.

Dlatego też nie obiecuję, że wracam.


Photo by Vince Fleming on Unsplash

Poprzedni post

Może ci się spodobać