nie ma odwagi bez wrażliwości
Bierz życie na klatę

Nie ma odwagi bez wrażliwości

Ostatnio zapytałam na Instagramie co jest według Was największym aktem odwagi. Byłam szczerze ciekawa jaki obraz się odmaluje z Waszych odpowiedzi.

Wśród odpowiedzi, które się powtarzały było: bycie sobą, mówienie komuś co się czuje lub w ogóle okazywanie emocji, dzielenie się czymś trudnym, szczerość, poświęcenie się dla innych czy zmierzenie się ze sobą samym. Oczywiście parafrazuję tutaj, ale mniej więcej właśnie taki obraz się wyłonił z Waszych odpowiedzi.

Ostatnio myślę o odwadze bardzo często za sprawą odcinka specjalnego na Netfliksie z udziałem Brene Brown. Już kiedyś widziałam jej inny wykład (ten, przez który stała się rozpoznawana) i też mnie poruszył. Jednak tym razem było jakoś inaczej. Dla tych, co nie oglądali to od razu wysyłam, sio! I podaję cytat z Theodora Roosevelta wokół kręci się cała idea wielkiej odwagi Brene Brown:

Uznanie należy się człowiekowi, który jest na arenie; którego twarz naznaczona jest pyłem, potem i krwią; który odważnie dąży do celu; który myli się i wkrótce ponawia próbę; który w końcu zna triumf wielkiego osiągnięcia; i który jeśli nawet przegra, przynajmniej przegra dając z siebie wszystko, tak że jego miejsce nigdy nie będzie z tymi chłodnymi i tchórzliwymi duszami, które nie zaznały ni zwycięstwa ni porażki.

Odwaga to nie jest brak strachu

Pamiętam jak prawie rok temu, w równie gorący dzień włóczyliśmy się z Kubą po Wrocławiu. Nie pamiętam o czym gadaliśmy w tamtym momencie, ale mam przeczucie, że były to wrotki albo longboard i wtedy Kuba wypalił, że ja jestem taka przebojowa. Wyśmiałam go, bo przypomniałam sobie automatycznie jak nie dalej niż dwa dni wcześniej chyba pół godziny zbierałam się w sobie, żeby wyjść z domu na spacer, bo jacyś ludzie stali na dworze pod klatką i to było dla mnie za bardzo stresujące. Więc, serio, to ja jestem ta odważna?

I teraz przewińmy się kilka miesięcy do przodu, kiedy stoję nachylona na bowlem na skateparku w Legnicy. Jestem świeżo po obejrzeniu tego odcinka specjalnego z Brene i myślę sobie, że będę odważna i zjadę do tego bowla. Wystarczy, że pogodzę się z tym, że mi pewnie nie wyjdzie i zaliczę glebę (tak jak to mówiła Brene przecież). Raz, dwa, trzy i jadę!

Skończyło się to tak, że faktycznie poniosłam porażkę i to dość konkretną. Leżałam plackiem na tej arenie, którą w tym wypadku był legnicki bowl i robiłam w myślach przegląd czy wszystko w moim ciele dalej poprawnie funkcjonuje. Na szczęście obyło się bez złamań, zwichnięć i wstrząsu mózgu, aczkolwiek na parę minut straciłam pamięć krótkotrwałą. Ale przecież Brene mi o tym mówiła. No może nie o utracie pamięci, ale mówiła, że jeśli będę działać z wielką odwagą, to nie raz i nie dwa poniosę porażkę. Mówiła, żeby nie myśleć o tym w ten sposób, że „jest szansa, że się nie uda” tylko „że na pewno stłuczesz sobie dupę”.

Dzień dobry, oto jestem ja

Myślę sobie dalej i przypomina mi się jak zakładałam tego bloga. Odkryłam niedawno blog Malwiny Pająk i zostałam zainspirowana. Dziewczyna dzieliła się tam swoim światopoglądem i według mnie trafnie komentowała rzeczywistość. Stwierdziłam, że też mogłabym to robić i że mam coś do przekazania dalej. Założyłam zatem bloga i przez kilka miesięcy pisałam chowając się za pseudonimem Chocholica(nie pytajcie, nie wiem skąd to mi się wzięło).

Do porzucenia pseudonimu dojrzewałam jakiś czas i finalnie stwierdziłam, że nie wstydzę się tego co tutaj piszę, bo to przecież jestem ja. Nie udaję nikogo i to nie jest tak, że tutaj mam jakieś poglądy, a w prawdziwym życiu mam zupełnie inne. Ten blog to jestem JA, więc dlaczego powinnam się tego wstydzić czy do tego nie przyznawać?

Nie zgubiłam mojego cienia

W międzyczasie napisałam kilka tekstów, których publikacja wymagała ode mnie odwagi w byciu publicznie wrażliwą. Kiedy pisałam o śmierci mojego brata, kiedy pisałam o rozwodzie rodziców, o depresji i psychoterapii oraz o tym jak doświadczyłam molestowania. To były bardzo trudne rzeczy, ale te trudne rzeczy są częścią mnie i się ich nie wstydzę. Bo tak właściwie dlaczego miałabym? To jest mój cień i tak jak Piotruś Pan – przyszyłam go do siebie, żeby się już nie zagubił, bo przecież jest integralną częścią mnie.

Ale już zupełnie inną kwestią jest to, że dla niektórych okazywanie przez innych wrażliwości jest krępujące. Jeden znajomy powiedział mojemu narzeczonemu, że z ciekawości zajrzał co ja tu piszę, ale skończył po jednym wpisie, bo uznał, że to są zbyt prywatne i intymne sprawy.
Ja to naprawdę rozumiem, bo wrażliwość zawsze wywołuje pewien rodzaj dyskomfortu. I bardzo dobrze, bo gdyby nie wywoływała, to nie byłaby tak silnie powiązana z odwagą.

Pomyślcie tylko: bez wrażliwości nie ma odwagi

Zatrzymajcie się i poobracajcie to zdanie chwilę w myślach.

Żeby wykazać się wielką odwagą trzeba najpierw się odsłonić, pokazać swoją wrażliwość.

Żeby wykazać się odwagą i powiedzieć coś szczerze, wyznać coś trudnego czy bolesnego, to trzeba odsłonić przed kimś swoje prawdziwe myśli.

Żeby zmierzyć się ze swoimi myślami, trzeba najpierw stanąć przed sobą w mentalnej nagości.

Żeby być sobą, trzeba innym dać się zobaczyć.

Być zobaczonym = żyć autentycznie

Wtedy, kiedy zaczynałam prowadzić bloga, to nawet mi nie przyszło do głowy, że oto zaczynam żyć w myśl Życia Autentycznego lub Pełnym Sercem. Po prostu pisałam o rzeczach trudnych i ważnych w nadziei, że ktoś poczuje się raźniej albo zostanie zainspirowany. Pisałam czerpiąc z wrażliwości, bo nie potrafiłam inaczej.

Dopiero połączyłam te puzzle, kiedy zaczęłam się wkręcać głębiej i mocniej w badania Brene Brown i tym sposobem wypożyczyłam jej wszystkie książki z mojej biblioteki miejskiej (wszystkie, które mieli – czyli dwie). Zaczęłam czytać „Dary Niedoskonałości” i wciągałam ją jak dobrą beletrystykę – serio! I wtedy właśnie uświadomiłam sobie, że moje „pokazanie się” lub stwierdzenie że „dałam się zobaczyć” było właśnie ogromnym krokiem ku życiu Autentycznemu. Czyli że wzięłam te wszystkie historie, które do tej pory próbowałam chować i zamiast je wypierać, to pozwoliłam im być integralną częścią mnie. Stanęłam przed Wami i powiedziałam: ”Hej, to ja, Bere”. Przestałam chować moje blizny, a zaczęłam opowiadać historie, jakie się za nimi kryją.

Różnie to mogło się skończyć, bo przecież moje historie mogły zostać przeinaczone, wyśmiane albo wyszydzone. Mogłam i tutaj skończyć powalona na arenie/bowlu. Ale nie zostałam. Negatywny odzew to był ledwie promil na skali całego ciepła i dobrych słów, które od Was dostałam na przestrzeni lat.

Co ciekawe najbardziej bałam się zostać z o b a c z o n a przez znajomych. Jakoś łatwiej jest pokazać się przed kimś zupełnie obcym, kto nie ma jeszcze o tobie zdania, niż pokazać się od zupełnie innej strony przed ludźmi, którzy już mają jakiś obraz ciebie. To jest tak w cholerę ciężkie, że zrozumie to chyba tylko ktoś, kto sam zdobył się na taki akt odwagi.
Porównywalnie trudną rzeczą było dla mnie przyznanie przed najbliższymi, że zaczęłam chodzić na terapię i mam depresję. Bowl i chwilowa utrata rezonu to nic w porównaniu z tym!

***

Łatwo jest osądzać i wyśmiewać tych na arenie, kiedy samemu siedzi się bezpiecznie na trybunie i nigdy nie umazało się twarzy potem, brudem i krwią. Niemal całe życie wydawało mi się, że odważni ludzie, to ci zdolni do heroicznych i nadzwyczajnych wysiłków. Tymczasem okazuje się, że czasem przyznanie się do błędu, poproszenie o pomoc czy bycie sobą wymaga więcej odwagi, niż takie pójście na wojnę.
Ile jest ludzi, którzy gotowi są iść zabijać, a nie mają nawet odwagi, żeby uronić choćby jednej łzy?


Photo by Oliver Cole on Unsplash

Poprzedni post Następny post

Może ci się spodobać