Lifestory

Najlepsze co przeczytałam w 2021 roku

Książkoholicy to specyficzny gatunek. Podnieca ich zapach świeżo kupionej książki, uwielbiają układać je w rzędach, tworzyć własne prywatne biblioteczki i kochają chwalić się o ile więcej książek przeczytali, niż zakładali w ramach wyzwania na GoodReads. Okej, okej, są też tacy co nie pokazują na IG co właśnie czytają, ale to zupełnie inny rodzaj książkomaniaków.

Nigdy nie sądziłam, że jest to jakiś rodzaj dziwactwa, dopóki nie oznajmiłam mojemu mężowi, że oto nadszedł ten moment, że już mogę kupić sobie wymarzone regały na książki. Nigdy nie miałam dedykowanych szafek pod książki. Do tej pory upychałam je na półkach meblościanek w domu rodzinnym, które pod ciężarem tomów się wyginały i nieustannie spodziewałam się, że w końcu pękną. Później książki wylądowały w starej szafie przerobionej na biblioteczkę. Zatem mając własny dom wreszcie nadszedł ten moment, kiedy zaplanowałam miejsce pod regały, kupiłam je, skręciłam i postawiłam pod ścianą – oto ona, moje marzenie, moja biblioteczka. A mój mąż nie potrafił zrozumieć po co mi te regały.
– Jak to po co, żeby układać na niej książki. – odparłam jakby to była wiedza oczywista.
– Ale po co?
– Nie rozumiem pytania.
– Jak coś przeczytasz to nie możesz tego odstawić gdzieś, no nie wiem, na strych czy coś?

Wszystkich książkoholików pragnę przeprosić za mojego męża – on nie jest jednym z nas i on po prostu nie rozumie. On nie wie. Wybaczcie mu, albowiem nie wie co czyni. W każdym razie ja wtedy zdębiałam. Nie miałam pojęcia jak wytłumaczyć TO komuś „z zewnątrz”.
– Nie po to kupuję książki, żeby je przeczytać i schować na strych – starałamm się mówić spokojnie, chociaż wewnętrznie cała gestykulowałam dziko i miałam ochotę nim potrząsnąć. – To trochę jak trofea. Podchodzisz do biblioteczki i patrzysz sobie: to przeczytałam, ta jest mega dobra, mogę ci pożyczyć, a ta była taka sobie, może ją wystawię na OLX. – wzruszyłam ramionami- Nie wiem jak ci to wyjaśnić.

Wtedy właśnie zdałam sobie sprawę, że to faktycznie jest osobliwe. Kupuje się książki, które w większości czyta się raz, później odkłada na półkę i czerpie się radość, że jest ich coraz więcej. Po prostu zbitki papieru z wydrukowanymi słowami. Po co je tak namiętnie zbierać? Nie wiem.
Kiedyś zakup książki był dla mnie luksusem. Zbytecznym wydatkiem. Czymś, co mi się marzyło. Że kiedyś będę miała na tyle dużo pieniędzy, że będę mogła kupować sobie książki bez ważenia tej decyzji w księgarni przez 15 minut.

Kiedyś czytałam głównie po to, żeby oderwać się od tego świata i przeżyć inne życie, inne przygody. I muszę przyznać, że przeżyłam ich wiele. Nic tak bardzo nie odrywa mnie od rzeczywistości jak wciągająca powieść fantasy. Po prostu znikam. To fenomenalne uczucie, kiedy nie możesz zasnąć dopóki nie dokończysz książki, albo obiecujesz sobie, że jeszcze tylko jeden rozdział, ale nie potrafisz przestać czytać. Rozumie to tylko ten, kto sam tego doświadczył. Ci co nie czytają, nie wiedzą.
Później zaczęłam czytać, żeby lepiej rozumieć siebie, ludzi, naturę i świat. Zaczęłam w ten sposób zbierać puzzle, które się ze sobą doskonale łączą i spajają, a ja coraz lepiej widzę większy obraz całości. Coraz więcej rozumiem i przez to coraz więcej nabieram pokory, bo wiem, że jeszcze więcej wciąż nie wiem i nie rozumiem. Ufam, że wiecie o co mi chodzi.

W tym roku przeczytałam sporo książek o feministycznym sznycie. Jedną serię fantasy, gdzie muszę przyznać szczerze, że miałam (wciąż mam, miało być szczerze!!) krasza na punkcie antybohatera. Jeden reportaż, który mnie rozjechał, przeżuł i wyrzygał. Dwie powieści polskich autorów, które mnie rozbawiły i wzruszyły, czyli kombinacja idealna. To są książki, które coś we mnie pozostawiły plus bonus w postaci serii, która była czystą zabawą i przyjemnością. Lubię korzystać z poleceń innych, więc sama też podam dalej to, co uważam za godne polecenia.

Świat bez kobiet – Agnieszka Graff

Mam wrażenie, że za mało się mówi o tej książce. W tym roku przeczytałam sporo książek o tematyce równouprawnienia kobiet, ale to jedyna napisana przez Polkę i bazująca na polskiej rzeczywistości. Pozwoliła mi lepiej zrozumieć i objąć umysłem drogę jaką przechodził feminizm od czasów upadku komunizmu aż do czasów obecnych. Czyli cały przekrój lat od kiedy dorastałam i coś tam mi się obijało o uszy, aż do czasów, kiedy „obudziłam się”. Zrozumiałam po niej, że mam już przesyt amerykańskiego punktu widzenia i zarazem amerykańskiej kultury – nie tylko w książkach, ale też w filmach. W tym roku chciałabym eksplorować więcej polskiej i nieamerykańskiej literatury.

Moment zwrotny – Melinda Gates

Co prawda napisana przez Amerykankę, ale skupiająca się na roli feminizmu jako czynnika podnoszącego jakość życia w krajach rozwijających się. Zdecydowanie poszerzająca horyzont myślenia i rozumienia roli równouprawnienia kobiet. Nigdy wcześniej nie myślałam o tym jak kluczowe znaczenie dla rozwoju całego kraju ma dostęp do antykoncepcji. I jeszcze mocniej zrozumiałam jak miałkie są teksty co niektórych w stylu „feminizm już się skończył, nie ma już o co walczyć”. Poczułam też globalną więź z kobietami z całego świata. Zrozumiałam, że społeczeństwa, w których prawa kobiet są ograniczone, sprawiają wrażenie jakby próbowały iść na jednej nodze – pewnie, że się da, ale ani to logiczne, ani korzystne.

27 śmierci Toby’ego Obeda – Joanna Gierak-Onoszko

Reportaż, po którego przeczytaniu miałam ochotę się zrzygać. I płakać. Kiedy udostępniłam na swoim IG, że właśnie to czytam, to kilka osób mi napisało, że ta lektura ich rozjechała. Inni mi z kolei pisali, że nie dali rady, albo że boją się zacząć i niczym Joey schowali ją do zamrażarki. Jest to książka o historii Kanady, o której u nas się nie mówi. To historia o krzywdzie zadanej Pierwszym Narodom, Inuitom i Metysom zamieszkującym Kanadę. Krzywdzie zadanej w głównej mierze przez Kościół Katolicki. Traumie dzieci i traumie dorosłych, która się ciągnie przez pokolenia. Myślę, że doskonale podsumowuje tę książkę opinia, która ma najwięcej lajków na GoodReads: „Co za jebany koszmar”.
Bardzo ciężka i bardzo ważna lektura.

Porozumienie bez przemocy – Marshall B. Rosenberg

To pozycja przez którą zaczęłam zupełnie inaczej podchodzić do komunikacji. Nie tylko zaczęłam zwracać uwagę jak mówię do innych, ale też jak mówię do siebie i jak inni mówią do mnie. Zaczęłam też inaczej postrzegać kłótnie i konflikty, zaczęłam częściej pytać jakie ktoś ma niezaspokojone potrzeby, ale też zaczęłam się zastanawiać jakie są moje niezaspokojone potrzeby, skoro reaguję tak jak reaguję. To książka, która zdecydowanie zmieniła dynamikę naszych kłótni z mężem – okazało się, że bardzo szybko się kończą, kiedy pada jedno proste pytanie: jaka jest twoja potrzeba w tej chwili? Odpowiedź nie zawsze przychodzi od razu, czasem trzeba się dokopać do istoty problemu, ale zawsze udaje się znaleźć rozwiązanie i obie strony czują ulgę.

Obsesja piękna – Renee Engeln

Kolejna książka, która poprzewracała mój sposób myślenia, patrzenia i mówienia. Uświadomiła mi rzeczy, co do których do tej pory miałam przeczucie, ale nie miałam dowodów naukowych, że wcale sobie tego nie wymyśliłam. Zresztą już pisałam o tym post (Wcale nie musisz mi mówić, że ładnie wyglądam), więc nie będę się powtarzać, ale ta pozycja musiała się pojawić na tej liście.

Dlaczego nie rozmawiam już z białymi o kolorze skóry – Reni Eddo-Lodge

W ostatnich latach zaczęło się dużo mówić o rasizmie, ale w większości o rasizmie osadzonym w realiach amerykańskich. W tej książce możemy zobaczyć historię rasizmu w Wielkiej Brytanii – od pierwszych statków przewożących niewolników, przez ostatni statek niewolniczy, który zawinął do portu w Zjednoczonym Królestwie, aż po czasy obecne i Brexit. Reni porusza wiele aspektów bycia czarnoskórym obywatelem i obywatelką Anglii, łącznie z pojęciem feminizmu intersekcjonalnego i o tym, że biały feminizm musi obrać kurs korygujący. W tej książce są pigułki gorzkie do przełknięcia, ale warto się na nie otworzyć, a jeśli nawet czujemy opór, to warto się temu bliżej przyjrzeć. Dobrym uzupełnieniem tego tematu jest serial na HBO GO „Mały topór”.

Książka o przyjaźni – Maciej Marcisz

To była słodko-gorzka lektura dla mnie. Z jednej strony przyjemnie było przeczytać coś osadzonego tak bardzo w polskiej rzeczywistości, w dodatku z bohaterami w moim wieku, z podobnymi doświadczeniami i przejściami. Gorzkim było dla mnie przejrzenie się w jednej z bohaterek jak w lustrze i zobaczenie własnych przywar, marzeń i zawodów. Bardzo mi się podobał motyw przewodni, którym była przyjaźń i jej ewolucja przez lata dojrzewania, a później już dorosłości. Motyw, który też poruszałam jakiś czas temu tutaj na blogu (Zerwanie przyjaźni – dlaczego tak mało o tym mówimy?) i który jest chyba uniwersalny dla wszystkich, choć mało mówimy o naszych złamanych sercach przez przyjaciół.

Rzeczy, których nie wyrzuciłem – Marcin Wicha

Bardzo się wzruszyłam czytając tę książkę. Urzekł mnie sposób w jaki autor opowiadał o swoich rodzicach, a w szczególności o swojej matce, przy okazji porządkowania wszystkich tych rzeczy, które po niej zostały. Okazało się, że książki i różne bibeloty są doskonałymi nośnikami historii o ich właścicielach. Mimowolnie zaczęłam odnosić to do siebie i do tego, że po mnie też zostanie cała masa przedmiotów, które będą świadczyły o moim kiedyś istnieniu.
Szalenie mnie poruszyła ta forma przekazu i to było dla mnie coś zupełnie innego, niż cokolwiek co przeczytałam do tej pory.

Szóstka Wron, Królestwo Kanciarzy i cała trylogia Grisza – Leigh Bardugo

I to jest saga, której czytanie było dla nie czystą frajdą. Pierwszy antybohater, który skradł moje serce bardziej niż para głównych bohaterów – team Darkling FOREVER. Ale też co ciekawe, to chyba pierwsza seria fantasy, którą miałam okazję czytać, napisana przez kobietę. I teraz stwierdzam, że od razu czuć różnicę. Nie tylko w tym, że jest ona bardziej inkluzywna, ale też sposób w jaki są przedstawiani bohaterowie i bohaterki robi różnicę. A nawet samo to w jaki sposób i na co jest kierowana uwaga czytelniczki i czytelnika. Nawet nie zdawałam sobie sprawy z istnienia male gaze w książkach fantasy, dopóki nie doświadczyłam jak wygląda female gaze. Orzeźwiające doświadczenie! No i Darkling… mmmm.

***

W tym roku udało mi się przeczytać 28 książek, chociaż celowałam w 15. Jestem z siebie dumna, bo udało mi się zamienić nawyk scrollowania sociali przed snem, na czytanie. Zauważyłam, że dużo łatwiej mi się zasypia dzięki temu oraz udaje mi się przeczytać co najmniej kilka stron dziennie. Jestem pewna, że inne książkoholiczki i książkoholicy doskonale rozumieją mój poziom samozadowolenia.

Jeśli chcecie się spotkać na GoodReads, to można mnie znaleźć tutaj.


Photo by Tom Hermans on Unsplash

Poprzedni post

Może ci się spodobać