kobiecość
Lifestory, Ludzie

Kobiecość to nie metka

O tym, że swoją kobiecość zaczęłam odkrywać stosunkowo niedawno, pisałam w poście na Facebooku przy okazji Dnia Kobiet. Co mam na myśli mówiąc, że ją odkrywam? Myślę, że zaczęłam bardziej ją w sobie lubić i w ogóle doceniać, a nie uważać ją za jakąś ułomność, która mnie w jakiś sposób ogranicza.

Odkąd pamiętam jakoś nie bardzo przepadałam za tym, że jestem dziewczyną. Nie czułam z tego tytułu przepływającej przeze mnie magicznej siły i mocy. Wręcz przeciwnie – czułam się słabsza i trochę jakby z góry na straconej pozycji.
Możliwe, że to wynika trochę z tego, że wychowałam się z dwoma starszymi braćmi i ilekroć się przepychaliśmy, droczyliśmy i ze sobą walczyliśmy, to ja w 99% przypadków przegrywałam. Oczywiście to moje poleganie w walce miało dużo wspólnego z tym, że byłam zwyczajnie młodsza i mniejsza, więc nawet jak bym była chłopcem, to pewnie i tak kończyłabym z twarzą na dywanie. Ale ja i tak byłam przekonana, że to wszystko przez to, że jestem dziewczyną.

I tak właściwie długie lata dojrzewania trochę zaprzeczałam swojej płci – zarówno w zachowaniu jak i w ubiorze. Bo nie zakładałam sukienek, spódnic, a nawet sandałów, nie znosiłam jasnych kolorów, a o różu to już w ogóle zapomnij – i to nie było jedynie z wygody czy działania przeciw społecznemu konstruktowi płci (nie byłam wtedy aż tak cwana i świadoma) – ja po prostu nie chciałam wyglądać na słabą. No bo nie oszukujmy się, kto wygląda na większego badassa – laska w różowych szpilkach czy laska w glanach?
Teraz już wiem, że to zupełnie nie ma nic wspólnego, bo koniec końców to przecież Legalna Blondynka skopała prawnicze tyłki w swoich różowych kostiumikach i one ani trochę jej w tym nie przeszkodziły, nie?

(Tak więc moja podróż do kobiecości wiodła też przez stosowanie „na przekór” mojemu wizerunkowi elementów fest różowych, które aż biły po oczach. Legalna Blondynka mogła mieć coś z tym wspólnego, przyznaję.)

Grl pwr

To zabawne, że ten temat zazębił mi się też z inną kwestią, o której rozmyślam już od ładnych paru tygodni. Otóż jakiś czas temu uświadomiłam sobie, że mam problem z nawiązywaniem przyjaźni, a konkretniej – przyjaźni z kobietami. Zatem z jednej strony jestem cała: „Yay! Girl power!” a z drugiej strony (jak tak spojrzę wstecz) to nie widzę wielu takich przyjaźni w moim życiu. Nawet teraz jest mi ciężko nawiązać przyjaźń (nie mylić ze znajomością!) z jakąś dziewczyną, chociaż jest wiele babek, które podziwiam i cenię.
No więc jak to jest, Bere? Co ci nie pykło w tym baniaku, hę?

Żeby odszukać nieszczelności w mojej bańce znowu musimy się przenieść sporo wstecz. Bo macie już jakiś obraz tej kilunastoletniej, dojrzewającej Bere, która się tłukła z braćmi, słuchała Gorillaz i Limp Bizkit, czytała Harry’ego Potter’a i strzelała do plakatów Backstreet Boys z BB gun’a starszego brata. Taka była moja rzeczywistość, podczas gdy rzeczywistość moich rówieśniczek opierała się na oglądaniu Zbuntowanego Anioła, słuchaniu Britney Spears i Ich Troje, a wymienianiu się głupimi liścikami z chłopakami z klasy.

Jestem niesprawiedliwa, wiem, ale tak właśnie to wtedy postrzegałam i to zupełnie nie były klimaty, w których widziałabym samą siebie. Nie bałam się brudzić, nie bałam się skakać po trzepakach i śmietnikach, nawet jak trzeba było to byłam gotowa się bić. Jakoś naturalnie bardziej komfortowo czułam się w towarzystwie chłopaków, którzy wydawali mi się prostszy i najzwyczajniej w świecie łatwiej mi się z nimi gadało.

Pamiętam jak kiedyś moja jedyna koleżanka z podwórka nie mogła z nami skakać po śmietnikach, bo babcia ubrała ją w sukienkę i powiedziała jej, że jest dziewczynką, więc nie wypada, żeby się pobrudziła. Autentycznie tego nie kumałam. Uważałam, że to jest strasznie głupie. I później wiele takich sytuacji, gdy dziewczyny się czymś krygowały albo uważały, że im nie wypada – uważałam za głupie. Tym samym jakoś tak samo wyszło, że i same dziewczyny zaczęłam uważać za głupie.
A to przecież jest cholernie niesprawiedliwe.

Babskie sprawy

Dopiero od niedawna odnajduję w dziewczynach źródła mocy, siły, wsparcia i zrozumienia. Obecnie mogę powiedzieć, że mam jedną przyjaciółkę i kiedy myślę o tym, czym jest kobiecość, to od razu myślę o niej. Jest bardzo mądra, zaradna, zabawna, piękna i to twarda sztuka jest (Sysa, wiesz, że mówię o Tobie!). Jest wrażliwa, a jednocześnie nie da sobie wciskać byle kitu. Często nosi spódnice i sukienki, ale jednocześnie równie często nosi spodnie i ciężka praca nie jest jej obca. Tak właściwie obcowanie z nią nauczyło mnie, że kobiecość wcale nie musi ujmować wewnętrznej czy nawet zewnętrznej sile. Przecież to, że ubiorę sukienkę wcale nie oznacza, że z automatu staję się słabsza (w jakimkolwiek tego słowa znaczeniu)!

Tak samo jak od dość niedawna stopniowo odzyskuję swoje ciało i uczę się go nie wstydzić, a tym samym nie wstydzić się właśnie konkretnie tego, co kobiece – jak piersi. Tego lata nie wstydziłam się wyjść z domu bez stanika i w ten sposób trochę buńczucznie (głównie dla mnie samej) przejmowałam moje ciało w moje posiadanie.

>> Jeśli brzmi to jakoś mętnie i pokrętnie, to przejdźcie do tego wpisu, gdzie opowiadałam jak moje ciało nie należy do mnie. <<

I dla mnie to właśnie chyba jest kobiecość – odnalezienie swojego ciała i odebranie go innym, którzy od małego mówią ci jakie są akceptowalne normy dla niego i co jest piękne.

Kobiecość – niekobiecość

Powiem Wam szczerze, że najciekawsze z tego wszystkiego okazały się dla mnie Wasze odpowiedzi na Instagramie, kiedy zapytałam Was z czym Wam się kojarzy kobiecość i jak ją można określić.

Ciekawe jest to, że żadne z Was nie powiedziało nic w rodzaju: czerwona szminka, szpilki, sukienki, makijaż i nieznajomość przekleństw. A przecież to są głównie rzeczy, które jakoś tak z automatu są przypisywane kobietom, bo przecież mężczyźni malujący się, noszący sukienki i szpilki, zostaliby z miejsca zametkowani jako zniewieściali. Z kolei kobiety, które przeklinają wciąż przez wielu są oceniane jako mało kobiece. (Heloł, a Magda Gessler to niby co???)
Niektórzy mężczyźni wciąż uważają, że jeśli dbają o siebie i chociażby stosują głupi krem do rąk, to już im coś odbiera z męskości (co szczerze mówiąc jest kuriozalne) i dodaje coś z kobiecości.

Podział na płci to naprawdę jest konstrukt społeczny, który nam jakoś to życie w stadzie układa i przez długi czas ta konstrukcja społeczeństwa sprawiała, że każdy wiedział co ma robić i tyle. Ale czasy się zmieniają i my jako społeczeństwo też się zmieniamy. I nie powiedziałabym, że na gorsze.
Tak naprawdę jedyna i niezaprzeczalna różnica między płciami to jest taka, że tylko kobieta jest w stanie urodzić dziecko a facet nie. Cała reszta to jest osad z tysięcy lat, który tworzyliśmy jako gatunek ludzki i który wciąż się (na szczęście!) zmienia.

Dlatego jeśli ktoś ogólnie nie lubi słuchać przekleństw, to ja to rozumiem, ale jeśli ktoś mi wyskakuje z tekstem, że tylko dziewczynom nie wypada, to ja odpowiadam krótko: no i chuj.

To czym w końcu jest kobiecość?

Oto jak Wy definiowaliście kobiecość:

siła, ciepło, rozwaga, pewność siebie, sposób poruszania się, bycie w zgodzie ze sobą, pozwolenie sobie na siłę i słabość, bezwarunkowa miłość do siebie, wrażliwość, wytrwałość, determinacja, coś co się czuje.

Okazuje się, że kobiecość to jest coś zupełnie innego, niż mi się wydawało za moich szczeniackich lat. Cechy, które chciałam nabyć wypierając z siebie kobiecość, to one jednak wynikały właśnie z tej całej kobiecości.
I to się dopiero nazywa nieoczekiwany obrót sprawy.


Photo by Element5 Digital on Unsplash

Poprzedni post Następny post

Może ci się spodobać