zalety bycia w stałym związku
Damsko-męskie

3 główne zalety bycia w stałym związku

Wiem, że niektórzy na samą myśl o tym, że mieliby być z kimś w związku na tyle długo, że spokojnie mogliby powiedzieć, że znają się jak te przysłowiowe dwie łyse kobyły, to dostaliby palpitacji i ogólnego zwarcia w mózgu. Bo to stabilizacja, bo to rutyna, bo to nuda. A ja powiem, że ta znienawidzona stabilizacja otwiera drzwi do zupełnie innego wymiaru związku. I właśnie to jest spoko.

Rok temu wydawało mi się, że znam tego Mojego na tyle, że już mnie niczym jakoś specjalnie nie zaskoczy. A potem nagle się okazało, że skubany bez problemu trafia do kosza zza linii za trzy punkty. Byłam w tak dużym szoku, że w większym szoku to chyba byłam tylko w ten weekend, jak w Poznaniu dowiedziałam się, że nigdy nie pił tequili. No bo c’mon, wydaje ci się, że kogoś znasz, a potem wychodzi coś takiego. Nie dość, że dobry w kosza, to jeszcze ta tequila!

I właśnie ten nasz wyjazd do Poznania uświadomił mi, że ciągle jeszcze się dowiaduję o Nim nowych rzeczy (nie tylko tego, że mam większe doświadczenie alkoholowe). Pomyślałam sobie, że chyba każda znajomość jest jak cebula, kiedy człowiek obiera drugiego człowieka z warstw i dopiero z czasem stopniowo odkrywa zupełnie nowe rzeczy.

I ja wiem, że za przelotnymi związkami przemawiają głównie emocje sięgające sufitu, ciary na dziarach i inne ekscytacje, które pojawiają się zawsze, kiedy mamy do czynienia z czyś absolutnie nowym. Ale dokładnie te same powody, które niektórzy odczytują jako wady stałych związków, są w moim mniemaniu właśnie ich zaletami. Jak zwykle wszystko zależy jak się spojrzy na tę przysłowiową szklankę – dla jednych będzie w połowie pusta, dla innych w połowie pełna, a dla mnie na przykład ewidentnie będzie wystarczająco miejsca, żeby dolać wina.

Trzy główne zalety bycia w stałym związku

#1. Ktoś zna Ciebie bardzo dobrze

Czyli wie, że jak zaczynasz rzucać tekstami w stylu „życie nie ma sensu”, to nie ma co wdawać się w idiotyczne egzystencjonalne dyskusje, tylko trzeba Ci wlać w gardło kofeinę i wtedy Twoje życie magicznie odzyska sens. Zna Twoje poczucie humoru, wie kiedy jesteś wkurzony, a kiedy tylko się droczysz. Wie, jakich filmów się boisz, a jakie seriale pewnie przypadną Ci do gustu.

Nie musisz nikogo udawać, nie musisz ciągle chodzić na bezdechu, żeby fałdki były zredukowane do minimum, czyli dokładnie jednej rolki. Możesz spokojnie dać skórze odpocząć i zeskrobać warstwę tapety i nawet chodzić sobie nago po domu, nie zawracając sobie głowy myśleniem o takich wynalazkach jak cellulit. I nie mam na myśli wcale, że będąc w stałym związku możesz się zapuścić jak dzik na zimę, ale zwyczajnie nie musisz podciągać wszystko pod linijkę.
Tak samo jak możesz wyluzować i się głupio zaśmiać z mało śmiesznego dowcipu, przy czym majestatycznie zaciągnąć się głośnym chrumknięciem… i wcale się tym nie zawstydzić, a co najwyżej jedynie jeszcze głośniej się zaśmiać i jeszcze głośniej chrumknąć.

A chyba najlepsze ze wszystkiego to są wewnętrzne żarty. Czyli kiedy przytrafia Ci się coś i po prostu wiesz, że tylko ta jedna osoba doskonale zrozumiałaby o co cho. To są te sytuacje, kiedy z kimś można się wymienić komentarzem/żartem/myślą i tylko dla Was będą one zrozumiałe, a dla ludzi obok będą zwykłym bliblublable.

Z każdą nową osobą trzeba tłumaczyć dlaczego się reaguje agresją na  t o, a z kolei  t a m t o  wprowadza nas w stany depresyjne. Każda nowa osoba musi przejść okresy karencji, kiedy jeszcze nie wiadomo ile można jej powiedzieć, jak bardzo zaufać i czy można na nią liczyć. Będąc z jedną osobą podróż jest tylko w jedną stronę – do głębi. Nie trzeba się zawracać i nie trzeba zaczynać drążenia tunelu na nowo.

#2. Ty znasz kogoś bardzo dobrze

A czasami nawet lepiej niż on sam siebie. Przykład? Ależ proszę! W Poznaniu zaciągnęłam Mojego do Manekina na naleśniki i chciałam, żeby spróbował takiego absolutnie najlepszego – czyli ze szpinakiem i kurczakiem. A on mi gada, że szpinaku nie lubi. A przecież ja wiem, że lubi, tylko pewnie zapomniał już, że jadł kiedyś moje naleśniki ze szpinakiem i wtedy ponoć zmienił nastawienie do szpinaku. Więc mówię mu, żeby mi zaufał, bo ja po prostu wiem, że będzie mu smakować. Z wielką dozą sceptycyzmu mi zaufał. I oczywiście ostatecznie – dokładnie tak jak to wcześniej przewidziałam – wpierniczał tego naleśnika jak student kebaba o 5 rano pod Pasażem Niepolda.

Ale ja wiem, że on tak czasem ma.
Znam jego miny, grymasy, wewnętrzne żarty i urazy, z których wynikają pewne zachowania. Wiem, kiedy czegoś nie chce. Albo kiedy chce, tylko jeszcze o tym nie wie. Nie muszę się zastanawiać w nieskończoność „co on miał na myśli?”. Nie muszę z Nim grać w żadne gry, podchody i inne mijanki. Nie muszę się czaić jak ten czajnik.

#3. Jednocześnie wciąż się poznajecie

Bo przecież wciąż się zmieniacie. Pod wpływem siebie nawzajem. Pod wpływem nowej pracy i nowych znajomych. Powstają nowe okoliczności, nastają czarne godziny i czasy kompletnego dobrobytu. Zmieniacie się, gdy pojawiają się dzieci i kiedy odchodzą Wasi rodzice. Zmieniają się Wasze plany zawodowe, a nawet plany na ogólnie pojęte życie.
Rutyna i nuda w stałym związku to tylko stan umysłu, bo tak naprawdę to w większości przypadków wszyscy jesteśmy w trakcie jednej wielkiej niekończącej się przemiany. Tylko trzeba się na chwilę oddalić, żeby z pewnej perspektywy w pełni to dojrzeć.

***

Wszystko co chciałam powiedzieć tym tekstem, to tak na dobrą sprawę Robert Więckiewicz ujął kiedyś bardzo zgrabnie i pozostawiło to odcisk w mojej pamięci:

„[…] każdy następny związek jest taki sam. Po co przechodzić przez to samo jeszcze raz? Znowu te tańce godowe. A później znów kryzys, masakra. Nie wierzę w związki, w których zawsze jest idealnie. Skoro my sami nie wiemy o sobie wszystkiego, to jak możemy mieć wiedzę o drugiej osobie? Ja bym chciał poznać kobietę, z którą jestem, a to nie jest proces obliczony na pięć, dziesięć czy piętnaście lat. A skoro odbijam się w niej jak w lustrze, to poznając ją, poznaję siebie. Chciałbym uczynić relację z nią możliwie najbardziej pełną, czerpać z niej maksymalnie dużo wiedzy o sobie. Gdybym zmieniał partnerki, nigdy bym tego nie osiągnął, bo przerabiałbym tę samą lekcję i dochodził do tego samego punktu. Mam poczucie, że im głębiej wchodzimy w kogoś, tym głębiej wchodzimy w siebie, więc to interesujące, że ta konfrontacja działa pozytywnie na jedną i na drugą stronę.”

 

Poprzedni post Następny post

Może ci się również spodobać

  • Krzysztof Żołnowski

    komentarzem/żartem/myślom

    Myślą?

    • Poprawione.
      Szkoda, że człowiek musi zrobić jakiś błąd, żeby dostać komentarz ;)

      • Krzysztof Żołnowski

        Spójrz na to z innej strony. Przeczytałem Twój artykuł z należytą uwagą, co świadczy o tym, że był dla mnie mega ciekawy :)

        • Rzeczywiście ta perspektywa wygląda lepiej :) dzięki!

  • Kinga Zając

    Ja bym chętnie przeskoczyła od razu do tego stabilnego etapu. Zawsze chwali się początki, flirtowanie, podrywanie i całą resztę, ale poflirtować to sobie można z facetem w barze i też będą ciarki. Ale żeby cię ktoś zrozumiał i poznał trochę bliżej, to już się trzeba namęczyć. Niestety często ludzie mają podejście, że ta stabilizacja i „nuda” to oznaki końca związku i czas, żeby poszukać kogoś nowego.

    • Oj tam, początki też są fajne! Ale emocjonalna kolejka górska potrafi być uzależniająca i kiedy się kończy, to nachodzi myśl: „Hej, coś jest nie tak! Może się wypaliło?”. Dlatego warto być świadomym naturalnych etapów związku :)

  • „Tak samo jak możesz wyluzować i się głupio zaśmiać z mało śmiesznego
    dowcipu, przy czym majestatycznie zaciągnąć się głośnym chrumknięciem… i
    wcale się tym nie zawstydzić, a co najwyżej jedynie jeszcze głośniej
    się zaśmiać i jeszcze głośniej chrumknąć” – skąd ja to znam :)