wystarczy podjąć decyzję
Bierz życie na klatę

Wystarczy podjąć decyzję

Nigdy nie uważałam siebie za osobę zorganizowaną. Może nie jestem jakaś mocno chaotyczna, ale jednak nie powiedziałabym o sobie, że jestem ogarnięta. Owszem, umiem sobie rzeczy zaplanować, ale już gorzej z trzymaniem się tego planu i jego wykonaniem.

W pewnym momencie zaczęłam obserwować Panią Swojego Czasu, czyli Olę Budzyńską. Wcześniej jakoś tak nie bardzo rozumiałam na czym polega fascynacja jej osobą, dopóki sama nie poddałam się jej urokowi.

Część zasługi dla Pani Swojego Czasu

Z początku po prostu obserwowałam. I tak szczerze, to zawsze marzyło mi się, że może zostałabym takim ogarniatorem, a nie jakąś rozmiękłą kluską, która się miota, nie wiedząc w co włożyć ręce. Od zawsze imponowały mi takie osoby, które zakładają sobie jakieś cele, a później je konsekwentnie realizują. (No właśnie, słowo klucz: KONSEKWENTNIE.)

W każdym razie, wtedy akurat Ola zaczęła promować swoją limitowaną edycję turkusowego Planera Pełnego Czasu i jakoś tak zakochałam się w samej idei, że ja mogłabym taki planer mieć i coś w nim robić. Tylko tak właściwie co ja miałabym w nim robić – zapytałam siebie sarkastycznie – planować drzemki? Oglądanie seriali? Czytanie książek? A może (podwójny sarkazm) rzeczy związane z blogiem?

Podzieliłam się tą myślą na InstaStories i Ola mi na to odpowiedziała, że w sumie rzeczy związane z blogiem to jak najbardziej mogłabym tam planować.
Ale wiecie, ja cwaniara jestem i ja nie dam sobie wcisnąć planera za 90 zł, ot tak. Więc – jak na cwaniarę przystało – powiedziałam, że chyba jeszcze nie dorosłam do takiego planowania.

A Ola odpowiedziała mi coś, co mnie prawie zmiotło z nóg, wytrąciło mi z rąk wszelkie (infantylne) argumenty, które w sobie przez lata zbierałam i totalnie zabiła mi ćwieka. Powiedziała:

Nie trzeba do tego dorastać. Wystarczy podjąć decyzję.

Zdurniałam. Przez 5 minut gapiłam się w ekran telefonu i nie miałam pojęcia co powiedzieć. Poczułam się zagoniona w kozi róg, gdzie nie miałam innego wyjścia jak tylko stanąć z prawdą twarzą w twarz. Koniec wymówek, koniec wymijanek i koniec dawania drapaka w ostatniej chwili. Wzięłam to na klatę

Część zasługi dla Ludzi Myślących

Tak właściwie może i to jedno zdanie Oli nie poruszyłoby mnie aż tak, gdyby nie fakt, że już wcześniej gdzieś się we mnie kotłowało wiele różnych niejasnych przeczuć i myśli. Gwoździem do tej szkatułki, było Spotkanie Ludzi Myślących. To właśnie tam w pełni uświadomiłam sobie, że się bardzo mocno pogubiłam w tym blogowym świecie. Zaczynałam z jedną tylko myślą: chcę pisać i tym razem chcę się tym dzielić. Miałam przeczucie, że to może być fajna przygoda, ale jednocześnie nie miałam wielkich oczekiwań co mi to może realnie dawać.
A później zaczęłam czytać „fachowe” książki, artykuły i jeździć na konferencje, gdzie głównie przewijały się tematy spieniężania swojej twórczości w internecie.

Właśnie wtedy, w którymś momencie zakiełkowała we mnie myśl, że skoro na tym nie zarabiam i nie mam ofert, to musi znaczyć, że jest z tym blogiem coś mocno nie-halo. Że coś robię źle. Że w ogóle to musi być w takim razie totalnie do dupy. A stamtąd to już naprawdę niedaleko do myśli, że w takim razie i ja muszę być do dupy skoro to, co tworzę jest do bani. (Budowanie kuli śnieżnej autodestrukcji – kurs przyspieszony.)

Wracam do początku

Tak czy inaczej, jakoś udało mi się to wszystko sobie uświadomić i postanowiłam wrócić do początku. Podjęłam decyzję – jeden nowy post każdego tygodnia, docelowo w każdy czwartek (nie wiem czemu, ale jakoś najbardziej lubię czwartki). Nie trzymam się tego kurczowo. Wiem, że czasem coś się nie udaje. A poza tym biorę poprawkę na moje indywidualne zawirowania nastroju (depresja).

Jednak to podjęcie decyzji było kluczowe. Bo nawet jak miałam absolutnie fatalny tydzień, czwartek zbliżał się wielkimi krokami, a ja nie miałam nic napisane, to postanowiłam, że wstanę w piątek rano, usiądę i zacznę pisać – jak nadal będzie kaszana, to dam sobie spokój. Ale udało się. Przełożyłam to o jeden dzień, ale wykonałam swój plan: jeden nowy tekst tygodniowo. Wszystko dlatego, że podjęłam decyzję, a jak już ją podejmę, to się tego trzymam.

Kilka dobrych rad Oli Budzyńskiej

Poza tym wzięłam sobie do serca kilka dobrych rad od Oli z jej audiobooka. Między innymi zwróciłam uwagę, że moim najbardziej produktywnym kawałkiem dnia jest poranek. I jak wstaję wcześnie, żeby coś napisać, to nie włączam wtedy w ogóle internetu w telefonie – to sprawia, że mam od początku czysty umysł, niezaśmiecony powiadomieniami z różnych aplikacji. W ogóle z rana staram się, żeby moją pierwszą rzeczą, którą robię nie było włączanie właśnie internetu. Staram się zjeść spokojnie śniadanie i pomyśleć o tym jak się czuję, co mnie czeka dzisiaj i jakoś się do tego dnia nastroić. Różnie bywa – czasem się udaje, a czasem jak rozkapryszony dzieciak po prostu chcę swoje i koniec. (Celowo użyłam określenia „staram się”.)

Ale muszę też uczciwie przyznać, że dawniej stałabym po stronie barykady, która krzyczy, że życia nie da się zaplanować! Że rzeczy się zdarzają! I co?! Gdzie ten Wasz plan? Ola tutaj też wdzięcznie skopała wszystkim dupy, bo przytoczyła historię z jej synem, który choruje na cukrzycę i musi co kilka godzin sprawdzać cukier. Czasem zdarza się, że cukier mu szaleje i Pani Swojego Czasu musi rzucić wszystkie swoje plany, żeby pojechać po dziecko do szkoły. Dlatego właśnie codziennie określa zadania priorytetowe i to je wykonuje najpierw, żeby w razie sytuacji kryzysowej z synem, mogła wszystko rzucić, mając jednocześnie świadomość, że nadal gdzieś tam coś pchnęła w swojej robocie do przodu.

***

Zaczęłam zauważać, że jest w moim życiu dużo rzeczy, które odkładam na później albo niby nie wiem jak się do nich zabrać, a tak naprawdę to zwyczajnie boję się podjąć co do nich decyzję. Tak zwyczajnie boję się określić. Bo kiedy się określasz i podejmujesz decyzję, to już nie ma opcji wycofania się. Jest tylko opcja wygranej albo przegranej. A kto nie boi się ponieść sromotnej porażki?


Photo by Brendan Church on Unsplash

Poprzedni post

Może ci się również spodobać