Bierz życie na klatę

O kobiecie, która marzyła o byciu niewidomą

Od kiedy była małym dzieckiem, myśl o byciu niewidomą sprawiała, że czuła się komfortowo. Kiedy była nastolatką kupiła sobie laskę, której zwykle używają niewidomi. Gdy miała lat 20 – płynnie czytała brajlem. A potem celowo się oślepiła wlewając Kreta do oczu.

Kiedy tylko trafiłam na artykuł o tej kobiecie, to pomyślałam, że coś tu jest mocno nie halo. I faktycznie jest, bo okazuje się, że to wszystko wina pewnego syndromu. Ta kobieta, cierpi na zaburzenie integracji identyfikacji z ciałem (Body Integrity Identity Disorder  – czyli BIID). Tłumaczenie tego syndromu jest moje, bo ciocia Wiki jedynie pod angielską nazwą podaje apotemnofilię. A to nie do końca to samo, bo odnosi się jedynie do amputacji kończyn i w dodatku wiąże się z jakimiś seksualnymi pobudkami. Podczas gdy BIID powoduje wewnętrzne przekonanie osób zdrowych o tym, że powinny być w jakiś sposób niepełnosprawne. Samo zjawisko występuje u ludzi niesłychanie rzadko i najczęściej to zaburzenie objawia się właśnie nieodpartą chęcią pozbycia się jakiejś kończyny.

Gender to takie BIID

Najciekawsze jest to, że to zaburzenie jest bardzo podobne do zaburzenia tożsamości płciowej. Tylko, że zamiast czuć się bardziej kobietą czy mężczyzną, to czujemy, że powinniśmy się urodzić pod jakimś kątem niepełnosprawni. I tak samo jak w przypadku zaburzeń tożsamości płciowej, BIID jest ciężkie do pojęcia dla innych ludzi. Dla zdrowych ludzi.

Zdecydowanie można powiedzieć, że coś poszło nie tak. Że to jest jakieś zaburzenie i coś gdzieś tam między zwojami nie gra. Badania nad tym wszystkim wciąż trwają, ale naukowcy powoli dochodzą do wniosku, że coś jest na rzeczy. I to wcale nie jest jakieś widzimisię.
Zdecydowana większość osób z tym syndromem po uniepełnosprawnieniu się, czuje się o wiele lepiej i szczęśliwiej. Serio. Prawie nigdy nie żałują swojej decyzji, a jeśli już to tylko, że nie zrobili tego wcześniej. Mimo, że te zaburzenia nie są chorobami psychicznymi, to takie osoby wiedzą, że ich bliscy odbiorą ich jako wariatów. Nic tylko w kafan i kolorowych snów. I z tego właśnie powodu swoje dziwaczne pragnienia trzymają w sekrecie. Aż po kilkunastu latach małżeństwa wychodzi, że mąż lubi nosić twoje koronkowe majteczki. Albo decyduje się na okłady na oczy z Domestosa.

I się zastanawiam czy nie lepiej by było gdyby takie osoby czuły od początku wsparcie ze strony bliskich. Jeśli planujemy gruntowne zmiany, to może lepiej przeprowadzać je na samym początku. Wytyczyć budowlę tak jak naprawdę chcemy, a nie po latach zabierać się za rozbiórkę tego, co jako tako udało nam się wybudować na pękniętym fundamencie. Więc może jednak nie warto zamiatać takich rzeczy pod dywan i mieć nadzieję, że „to tylko taka faza”.

Ja sama nie potrafię sobie tego wyobrazić. Nie potrafię sobie wyobrazić, że chciałabym być w jakikolwiek sposób niepełnosprawna. Wystarczająco wkurza mnie, że mam wadę wzroku.
Wydaje mi się, że z pozbawieniem siebie sprawności fizycznej jest trochę podobnie jak ze zmianą płci. Bo niepełnosprawność zawsze jest jakimś utrudnieniem. I jest to ciężkie nie tylko dla osoby, która tą zmianę przechodzi, ale również dla jej bliskich. Podejrzewam, że tak samo odbierają to osoby, które od zawsze znały kogoś jako Marka, a nagle ten sam Marek stał się Bernadettą.
A może nawet i ciężej im sobie z tym poradzić, bo oni czuli się dobrze tak jak było dotychczas. Aż tu nagle ktoś przyszedł i urządził im kipisz w imię własnego szczęścia.
Ludzie nie lubią zmian. I ciężko akceptują coś, co nie należy do ogólnie przyjętej normy. Ale z drugiej strony to, że nie potrafimy tego do końca zrozumieć – nie oznacza, że to nie istnieje i nie jest jak najbardziej prawdziwe.

Niech robi co chce, jeśli właśnie to da jej/jemu szczęście

Na początku pisania tego postu, właśnie taką puentą miałam to podsumować. Ale upracie przed to zdanie wciskały mi się słowa „dopóki mnie to nie dotyczy”. Ano właśnie.
W miarę pisania zaczęłam ten temat odnosić do siebie. Bo prawda jest taka, że gdyby mój Piękny mi nagle wyskoczył, że chce uciąć sobie COKOLWIEK, to chyba wybiłabym mu to z głowy szpadlem. Przecież co twoje, to moje i na odwrót.
Gdy już nas coś takiego faktycznie dotyka, to okazuje się, że zawsze szczęście jednego, będzie jednocześnie kosztem szczęścia drugiego. I co wtedy? Jak ocenić, które poświęca mniej? Jak stwierdzić, którego potrzeby są ważniejsze? Czyje szczęście jest bardziej szczęśliwsze?

***

Jewel, bo tak na imię tej kobiecie, czuje się teraz szczęśliwa. Ze swoją nabytą niepełnosprawnością jest jej zupełnie dobrze i komfortowo. Jej matka i siostra zerwały z nią zupełnie kontakt. A mimo wszystko jedynie żałuje, że nie zdecydowała się na to wcześniej.


Photo

Poprzedni post Następny post

Może ci się również spodobać

  • Mi się to absolutnie w głowie nie mieści. Nie umiem sobie wyobrazić sytuacji, gdyby mi nagle chłopak powiedział „słuchaj, chcę sobie odciąć nogę, możesz przy tym być lub nie, wezwij pomoc o 18, powiemy, że to wypadek, chcę tego, bo wtedy będę szczęśliwy”, dla mnie to jakiś kosmos wymieszany z koszmarem. Jestem tolerancyjna, ale jeżeli ktoś chce się uszkodzić w taki sposób, że stanie się ciężarem dla otoczenia to powinien zapanować nad tą chęcią, dla dobra swoich bliskich.

    • Może łatwiej by było zapanować nad tą chęcią, gdyby taki ktoś odważył się szukać pomocy. Strach przed uznaniem za wariata potrafi paraliżować. Tym bardziej, że pewnie większość nawet nie wie skąd takie coś się w nich bierze. O gender się już mówi, ale o takim zaburzeniu jak BIID usłyszałam pierwszy raz.

      • Prawdę mówiąc ja też.

      • Sama odwaga do szukania pomocy nie jest sprawą prostą, bo dzisiaj jest a jutro już jej nie ma i często nawet rodziny nie potrafią dobrze uchwycić takiego momentu. Ja weim ,że medycyna jest dzisiaj bardzo postępowa, ale nie sposób nadążyć za ludzkim rozumem. Pewnie dlatego większość zdrowych osób, boi się angażować w proces niesienia pomocy, bo przecież mogą coś zrobić nie tak. Moim zdaniem lepiej jest zrobić cokolwiek niż siedzieć z założonymi rękami.

    • Na stronie o modyfikacjach ciała BME czytałem kiedyś opowieść o człowieku, który źle się czuł ze swoją stopą. Próbował załatwić sobie amputacje w legalny sposób, jednak nie powiodło mu się. Postanowił więc doprowadzić swoją stopę do takiego stanu, że amputacja była jedyną opcją.
      Okaleczał się więc i moczył nogę w smarze i jakiś dziwnych substancjach. Zamieścił też zdjęcia z tych wszystkich operacji. Był też inny człowiek, któremu nie podobał się jego nos.

      O ile nie krzywdzą innych, ludzie powinni móc robić co tylko chcą, żeby być szczęśliwymi. W przypadku wchodzenia w związek muszą zdawać sobie sprawę, że zatajenie tego typu choroby może być powodem do rozstania. I do tego powstanie smutna sytuacja, w której trzeba wybierać między swoim szczęściem, a szczęściem partnera.

  • Gabi

    Oglądałam kiedyś o tym dokument. Przerażające…