Bierz życie na klatę

Macierzyństwo nie jest moim priorytetem

Każda matka przyzna, że kiedy wypruwa z siebie małego różowego wymoczka, to zmienia jej się zupełnie życiowa perspektywa. To małe różowe zawiniątko wywraca do góry jej całą filozofię i kobieta zaczyna na nowo wartościować życie. Niestety nie tylko swoje, ale również innych.

Niemal od zawsze nazywałam noworodki wymoczkami i niemal zawsze dziewczyny się burzyły na takie określenie. Tylko nie bardzo rozumiem w czym problem. Nowo narodzone dzieci są wymoczone w tych wszystkich wodach płodowych i cholera wie w czym jeszcze – stąd moje określenie, bo wyglądają jakby bardzo długo brały kąpiel. Co zresztą nie mija się z prawdą.
I tak – odpowiadając na to pojawiające się w Waszych głowach pytanie- jeśli urodzę dziecko, to też określę je mianem wymoczka.

Urodzenie dziecka nie zwalnia z myślenia

Czasami mam wrażenie, że kobiety wraz z porodem wydaliły, oprócz dziecka, swój mózg. Oczywiście nie wszystkie, uogólniam i przesadzam. Ale niektóre dziewczyny jakby zupełnie zatraciły swoją odrębność i poszanowanie odrębności innych.
Jestem w stanie zrozumieć, że ciąża diametralnie zmienia postrzeganie wszystkiego i każe przewartościować priorytety w życiu. Rozumiem, kiedy moja koleżanka mówi, że teraz nie wyobraża sobie swojego życia bez tego malucha.
Rozumiem i w zamian za to pragnę też zrozumienia z drugiej strony. Czyli kiedy ja mówię, że nie chcę mieć dzieci, to nie chcę widzieć tej dziwacznej pogardy w oczach i dezaprobującego kręcenia głową. Nie chcę słyszeć klasyków w stylu: „Och, jeszcze zmienisz zdanie!”, „Dom bez dzieci, to nie jest prawdziwy dom!” albo „Jak to tak bez dzieci? To przecież smutne życie!”.
Zmienię zdanie, to zmienię. Mój dom, to nie twój dom. Moje życie, to moje życie.
To, że ty nie potrafisz sobie wyobrazić takiego życia – wcale nie oznacza, że tylko takie życie jest właściwe i wartościowe.

Wszystko jest kwestią priorytetów

Każdy ma (a przynajmniej powinien mieć) swoje priorytety. A priorytety każdy może mieć własne i przede wszystkim mają one dawać szczęście i poczucie życiowego spełnienia. Zatem dla kogoś życiowym priorytetem będzie napisanie bestsellera, przebiegnięcie 365 maratonów, spłodzenie syna albo kupienie wypasionych alufelg. Co kto lubi. I nie mam prawa kogoś negować za to, że nie podziela mojej pasji pisania i zamiast siedzieć nad laptopem, poświęca swoje godziny wolnego czasu na wertowanie internetu w poszukiwaniu idealnych felg. Tak samo nie chcę być oceniana przez mamy, które postrzegają mnie za jakiś gorszy i z lekka zblazowany element społeczeństwa. Bo to nie jest jakaś moda, której przypadkowo uległam – macierzyństwo nigdy nie było moim priorytetem.

Pamiętam jak kiedyś rozmawiałam z taką jedną koleżanką ze szkoły. To było jeszcze w podstawówce. Zapytałam ją jak sobie wyobraża życie jak będzie miała te dwadzieścia lat. Odpowiedziała, że chce mieć dzieci. No i męża, który zrobi jej te dzieci.Wtedy byłam młoda i nie bawiłam się w żadną dyplomację, więc zwyczajnie powiedziałam jej, że jest głupia.
Nie potrafiłam pojąć jak można mieć takie marzenie. Tak wielkim szokiem była dla mnie jej odpowiedź, że pamiętam ją do dzisiaj. Ale teraz z perspektywy czasu wiem też z czego to wynika. Bo mi wpojono zupełnie inne priorytety. Moja mama nigdy nie zachwycała się dziećmi. Nigdy nie twierdziła, że dzieci są koniecznym elementem prawdziwego domu. Jedyne co mi wpajała to było to, że trzeba mieć w życiu kogoś, kto będzie naszym wsparciem. Czyli tym przysłowiowym kawałkiem marynarki i tą podaną dłonią w obliczu przepaści. Ktoś, kto nie podda się i ogarnie, kiedy ty już nie ogarniasz. Nauczono mnie, że to jest podstawa, to jest fundament.
A dzieci? A dzieci, to już później – jak się ma dobry fundament, to można myśleć o stawianiu kolejnych pięter.

Mąż to nie samiec rozpłodowy

Więc coś mi nie bangla, gdy dziewczyna szuka męża głównie dlatego, że tak naprawdę potrzebuje tylko jego nasienia i wypchanego portfela. Chociaż oczywiście nie mogę się za bardzo czepiać czyichś priorytetów, ALE… no jednak się przyczepię.
Bo już widziałam kilka takich przypadków, gdzie dziewczyny stawiały kolejne piętra na fundamencie, który od początku był spękany i mocno wątpliwy. I co teraz? Są samotnymi matkami. Nie, nie w sensie dosłownym, bo mieszkają z partnerami ojcami swoich dzieci, ale mniej więcej na tym partnerstwo się kończy – na dzieleniu wydatków na pół i połączeniu pul genowych. Nie ma wsparcia, nie ma otuchy i nie ma w tym wszystkim słów: ty i ja kontra świat!.

Kiedy chodziłam do gimnazjum, to mieliśmy bardzo specyficzną nauczycielkę od historii. Codziennie rano odprowadzał ją do szkoły jej mąż, zawsze trzymali się za rękę. Wyobrażacie to sobie? Starsza para, która zawsze chodzi za rękę, on wysoki, ona z metra cięta – no słodyczy wiele. Ale to jeszcze nie wszystko. To jak ona czasami o nim mówiła, to robiło dopiero wrażenie. Oboje byli tuż przed emeryturą, spędzili ze sobą praktycznie całe życie (znali się od dzieciaka), a ona wciąż była w nim zakochana.
Urzekło mnie to. Uświadomiłam sobie wtedy, że też tak chcę. Chcę w wieku sześćdziesięciu lat mówić o swoim mężu z takim zachwytem i z taką miłością. Chcę mieć męża, który będzie tak samo mówił o mnie, a nie jak o jakiejś najgorszej życiowej karze.
To jest mój priorytet.

***

Macierzyństwo nie jest moim priorytetem, choć wcale nie wykluczam, że kiedyś mi się to odmieni i odezwie się nagle we mnie instynkt rozrodczy. Ale to wcale nie oznacza, że moje życie jest albo będzie miałkie. Tak samo jak życie kogokolwiek, kto spełnia się w czymś zupełnie innym niż ty.
Z priorytetami to jest tak, że każdy ma swoje. I tego się trzymajmy.


Photo by Jon Ottoson // unsplash.com

Poprzedni post Następny post

Może ci się spodobać