Bierz życie na klatę, Damsko-męskie

Kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa brokatu na cyckach

Opowiem Wam pewną historię. O tym, że czasami trzeba zrobić coś po swojemu – nawet jeśli wszystkim dookoła wydaje się to kompletnie złym wyborem.

Kiedyś już pisałam o człowieku, który jest definicją samego siebie, więc K już zdążyliście odrobinkę poznać. Ale dzisiaj chciałam pociągnąć dalej jego historię, bo w sumie czekałam na to dobre kilka miesięcy i teraz wreszcie mogę się z Wami tym podzielić.

Przełom lipca i sierpnia

Oczywiście zupełnie znienacka i niemal w ostatniej chwili dowiedziałam się, że K przyjeżdża do Polski. Ucieszyłam się jak głupia, bo nie widzieliśmy się już ponad rok i nawet zaoferowałam się, że odbiorę go z lotniska. Oczywiście od razu zapytałam jak tam ta dziewczyna, z którą chciał mieć domek i stado owiec za oknem. A on mi ze wzruszeniem ramion odpowiedział:
– No tak wyszło, że nie wyszło.
– Co?? Dlaczego???
– No nie wiem. Na początku pisała, że ma dużo nauki, sesja i tak dalej… a później przestała się do mnie odzywać.

No cóż. To tyle jeśli chodzi o wspólny dom i stadko owiec za oknem. Ale K wcale nie był jakoś wyjątkowo przez to przybity i twierdził, że nie może się zrażać przez jakąś jedną pindę i wrzucać wszystkie dziewczyny do jednego worka. Powiedział, że nadal będzie starym dobrym K, który z otwartymi ramionami wpada w objęcia kosiarki.
I rzeczywiście trzymał się pozytywnego myślenia, aż do pewnego dnia. Przyszłam do niego na herbatkę z prądem (bez herbaty) i zapytałam co tam słychać, a on zaczął płakać¹, że w internetach już nie ma ani jednej fajnej dziewczyny dla niego. To już koniec, amen w pacierzu i biada mu – umrze w samotności.
Oczywiście wszyscy zgodnie popukaliśmy się w czoła i powiedzieliśmy, żeby się napił i skończył gadać głupoty.

Mniej więcej dzień czy dwa przed wyjazdem K powiedział, że zaczął pisać z jakąś ciekawą dziewczyną (o proszę, jednak jakaś się jeszcze uchowała w tych internetach). Pech chciał, że akurat kiedy on wyjeżdżał, to ona przyjeżdżała i nie mogli się spotkać.
W zasadzie szybko zapomniałam o tej dziewczynie, bo kiedy mi o niej opowiadał to był środek nocy, a my byliśmy w drodze na lotnisko. Później nawet chyba za bardzo nie pisaliśmy ze sobą, więc byłam totalnie zaskoczona kiedy parę tygodni później oświadczył, że przyjeżdża do Polski na kilka dni po tę właśnie Ciekawą Dziewczynę.

Przełom sierpnia i września

Po tych kilku tygodniach nieustannej wymiany wiadomości postanowili nie tylko się spotkać, ale również… zamieszkać ze sobą.
K chciał zabrać ją do Londynu, a ona postanowiła rzucić wszystko i pojechać w nieznane. Cała ta sytuacja wywołała wśród nas szok kulturowy podobny do tego, który wywołałaby kobieta w skąpym bikini na miejskim kąpielisku na początku XX wieku.
Znaleźli się oczywiście tacy, którzy posądzali K o robienie z siebie gumisia (cokolwiek to oznacza) i ogólnie twierdzili, że głupi jest i naiwny. Ale pomyślałam sobie, że skoro K podchodził do tego szczerze i z dobrymi intencjami, to przecież jest taka sama szansa, że Ciekawa Dziewczyna również nie ma złych zamiarów.
Więc w sumie ja też byłam zaniepokojona (to spory eufemizm), ale jedyne co zrobiłam, to zapytałam czy jest tego pewien. Czy się nie boi i czy jest gotowy na ewentualne fiasko. Odpowiedział mi, że zdaje sobie sprawę jak to wygląda i nadal się na to pisze. Nawet jeśli potem będzie cholernie cierpiał, to wciąż chce podjąć ryzyko – bo ma dobre przeczucie.
Kto nie ryzykuje ten nie wygrywa, prawda? A do wygrania jest przecież kupa szczęścia i tony brokatu na cyckach.

Hejtowałam wszystkich, którzy nazywali go gumisiem, bo sama byłam kiedyś w podobnej sytuacji. Miałam jechać na wymianę studencką na Kretę, ale poznałam kogoś jakieś dwa miesiące przed wyjazdem. Długo wahałam się i nie wiedziałam co z tym fantem zrobić. Jechać czy nie jechać? Poczeka czy nie poczeka? Ja poczekam czy nie poczekam? Czy tęsknota nie zrujnuje mi tej całej Krety?
Jedyne co miałam, to przeczucie. Posłuchałam go i zostałam. A podejmując tę decyzję postanowiłam, że cokolwiek się później wydarzy, to nie będę jej żałować. Nawet jeśli nie będziemy razem, albo rozstaniemy się po paru miesiącach czy tygodniach. Kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa.

Jest i brokat na cyckach

Jednego wieczora wpadli do mnie oboje, żeby się przywitać. Ciekawa Dziewczyna nie odklejała się od K, a ja miałam nieodparte wrażenie, że siedzi przede mną para z długim stażem. Zapytałam ich czy w ogóle nie było im jakoś dziwnie tak nagle przeskoczyć z wirtualnej znajomości w taką realną. Zgodnie oboje zaprzeczyli. Tak samo zgodnie stwierdzili, że w ogóle nie było żadnych rozczarowań czy skrępowania, gdy się pierwszy raz zobaczyli.
I przyznam szczerze, że z zaciekawieniem ich wtedy żegnałam i miałam nadzieję, że za kilka miesięcy będę mogła z czystym sumieniem napisać to, co właśnie piszę. Co jakiś czas oczywiście robiłam kontrolę czy nadal wszystko jest bajecznie między nimi i za każdym razem otrzymywałam odpowiedź, że wciąż jest brokat na cyckach.

Cała ta historia, to jest kolejny dowód na to, że nie ma jednej uniwersalnej drogi do szczęścia. Dla niektórych będzie to ścieżka przez największe chaszcze i na koniec świata, a dla innych będzie to wędrówka do sklepu za rogiem. Ile ludzi, tyle dróg.
Więc można zamieszkać ze sobą po kilku tygodniach pisania przez internet i być szczęśliwą parą. Można wziąć ślub po roku znajomości i przeżyć ze sobą całe życie. Tak samo jak można się z kimś przespać na pierwszej randce, a później zakochać się w sobie bez pamięci i stworzyć udany związek.

Więc naprawdę nie bójcie się robić rzeczy po swojemu. Nie bójcie się słuchać przeczucia, nawet jeśli wszyscy dookoła popatrzą na Was jak na przybyszów z kosmosu. Jeśli jest szansa, że będziesz najszczęśliwszym/najszczęśliwszą (tutaj wstaw swoje imię) i życie sypnie ci brokatem na cycki, to zaryzykuj i zawalcz o ten brokat i o szczęście.
Bo kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa. A czasami trzeba zaryzykować wszystko, żeby wszystko wygrać.


¹Płakać nie w sensie dosłownym, ale jako: biadolić, narzekać, marudzić, uskarżać się, ubolewać, etc.

Photo

Poprzedni post Następny post

Może ci się również spodobać

  • Całkowicie się z Tobą zgadzam. Też swego czasu bardzo zaryzykowałam, nie słuchając wszystkich wokół, a teraz mam u boku swojego lubego – już od dwóch lat. I póki co nie zapowiada się, żebyśmy mieli się rozejść. Ryzyko popłaca. :)

  • To ze mną było podobnie. Poznałam mojego faceta przypadkowo i po kilku dniach zdecydowaliśmy że chcemy sprobować być razem. Łatwo nie było, bo on po tygodniowych wakacjach w Polsce wrócił do siebie, do Francji. Po 2 miesiącach przyjechał do mnie na 3 tygodnie. Potem ja miałam do niego jechac na 2 tgodnie. Pojechałam i już nie wróciłam. Teraz mamy dwójkę fajnych dzieciaków :-)

    • Historia godna opisania w książce! :)

  • Ja zawsze jestem za ryzykiem! Serce często podpowiada nam tą właściwą drogę, a nawet jeśli coś pójdzie nie tak to zawsze wolę spróbować i żałować niż żałować i rozpamiętywać, że mogłam, a nie spróbowałam.

    • Też jestem zdania, że ostatecznie bardziej żałujemy tego, czego nie zrobiliśmy niż tego co zrobiliśmy.

  • Jak najbardziej się zgadzam! Chyba nawet bardziej wierzę w szansę na przetrwanie przy takich szalonych początkach niż, że wielkie uczucie przyjdzie z czasem tam gdzie miesiącami jest między ludźmi raczej letnio i wszystko rozwija się bardzo powoli… Ale może dlatego wicąż jestem singlem :)

  • Pingback: FOMO - czyli strach przed tym, że coś cię omija – Lepiej myśleć niż nie.()

  • I to mi się podoba! Ja z moim pojechaliśmy do Usa i wzięliśmy ślub w Vegas :D

  • Pingback: Jak zdobyć introwertyka – Lepiej myśleć niż nie.()

  • Pingback: Jeśli nie wierzę w miłość, to... – Lepiej myśleć niż nie.()

  • A moja znajoma poznała faceta przez internet, pojechała do niego na kawę do New York, została na dłużej, po kilku miesiącach wzięli ślub, a teraz szczęśliwi mieszkają w Szwecji :P Zazdroszczę takim co to nie boją się ryzykować…

    • To dopiero historia! :)

    • Enter

      Szkoda że nikt nie pisze o przegrańcach, którzy też ryzykowali, ale im nie wyszło…