koncert Coldplay w Warszawie
Wrażenia

Gdy zamknę oczy, to wciąż widzę spadające konfetti – czyli koncert Coldplay w Warszawie

Wiedziałam, że muszę pojechać na koncert Coldplay w Warszawie, kiedy zobaczyłam po raz pierwszy wideo promujące trasę koncertową do ich nowej płyty. Mój mózg zaświecił się milionem rozochoconych neuronów, zupełnie jak bransoletki tysięcy fanów na niedzielnym koncercie tej grupy. Z tego koncertu człowiek rzeczywiście wychodzi z głową pełną marzeń.

Adventure Of A Lifetime

Na koncercie zespołu Coldplay jeszcze nigdy nie byłam i chociaż lubiłam ich piosenki, to jakoś nie mogłam o sobie jednoznacznie powiedzieć, że jestem ich fanką. Ale jakoś tak jest, że człowiek jest zlepkiem różnych ludzi, z którymi przebywa i akurat fragment zlepku sympatii do tej kapeli pochodzi od Mojego.
Bo wiecie, kiedyś byłam przekonana, że zdobyłam Jego serce, kiedy dałam mu kwaśne żelki, ale On ostatnio powiedział mi, że to wcale tak nie było. Że to było wtedy, gdy w aucie słuchaliśmy Spotify i zaczął lecieć utwór Clocks Coldplaya, a ja zaczęłam śpiewać. Ale bynajmniej nie ładnie i normalnie. Zaczęłam się wygłupiać, przedrzeźniać linię melodyczną i ponoć właśnie to, a nie żelki, ujęło Jego serce. (Tłumaczę to sobie, że jako perkusista ma zryte bębenki w uszach i moje fałszowanie działa na niego inaczej niż na normalnych ludzi.)

Magic

I jakoś tak się składa, że utwory zespołu są dla mnie jak takie portale, które przenoszą mnie w czasie i momentalnie znajduję się znowu w danej chwili. To jest magia. I cały zespół to też jest magia. W ogóle atmosferę jaką wytwarzają na koncertach to jest czysta, wydestylowana magia.

Kiedy byłam na pierwszym moim dużym koncercie, to akurat wypadło na P!nk. A o Różowej trzeba Wam wiedzieć, że ona to potrafi urządzić Show. Zatem wracając z koncertu całą drogę nie mogłam pozbierać szczęki z chodnika. Bo wiecie, to nie był koncert na zasadzie – „a wezmę wyjdę sobie, odśpiewam i pojadę dalej” (jak to trochę zrobiła Sia), tylko autentyczne widowisko. Dlatego kiedy zobaczyłam trailer Head Full Of Dreams Tour, to już poczułam, że to będzie coś w tym niepowtarzalnym stylu. I o mój słodki jeżu, wcale się nie pomyliłam!

Paradise

Dlatego właśnie wybrałam dla nas płytę (miejscówki wybierałam sama, bo miały być prezentem-niespodzianką urodzinową dla chłopaka – tak, tak, to był oczywiście również prezent dla mnie), bo kiedy jesteś na płycie, to wszystkie przeżycia są podwojone o ile nie potrojone. Jasne, że bolą nogi i napieprzają plecy, ale kiedy nagle nad twoją głową wybuchają kolorowe konfetti i sypią ci się na głowę serpentyny czy inne balony, to uwierz mi, że na trybunie to jedynie fajnie WYGLĄDA, a na płycie ty to po prostu wszystko CZUJESZ. Tak samo jak tłum zaczyna skakać do piosenki Adventure Of A Lifetime, to sorry, ale nie ma opcji, żebyś sztywno stał i niemrawo poklaskiwał, bo zwyczajnie się przewrócisz. Więc czy tego chcesz czy nie, musisz się poddać fali, tak jak poddajesz się jej wchodząc do morza.

Scientist

A teraz może przejdę do konkretów, dla tych co to jednak wolą język konkretów a nie język wrażeń. Wchodząc na stadion nie napotkaliśmy ani jednej większej kolejki – wchodzenie przebiegło bardzo sprawnie i to mile mnie zaskoczyło (na koncert Florence musieliśmy trochę się nastać przed bramami). Z wyjściem było już nieco gorzej i sprawniej z płyty wydostaliśmy się wyjściem dla… trybun. Za to później już całą rzeką ludzi bez problemu szliśmy zamkniętą ulicą aż do okolic Pałacu Kultury.

Akustyka była bardzo dobra. Chociaż ja się aż tak nie znam, ale Mój jest musicante, więc on się zna i wie co mówi, zatem jeśli chodzi o jakość dźwięku, to był bardzo usatysfakcjonowany. Ponadto, nie wiem czy to zasługa budowy samego PGE Narodowego, ale fantastycznie było słychać śpiew tłumu – zresztą sam Chris Martin to zauważył i poprosił o tłum odśpiewanie z nim jeszcze raz refrenu The Scientist. (Posłuchajcie sami poniżej i spróbujcie powiedzieć, że nie robi to żadnego wrażenia na Was!)

A Sky Full of Stars

Jeśli chodzi o oprawę całego koncertu, to były fajerwerki (dosłownie i w przenośni), konfetti, serpentyny, wielkie, kolorowe balony i lasery, oraz telebimy dzięki, którym taki kurdupel jak ja mógł widzieć Chrisa w nieco większych rozmiarach niż mój własny kciuk. Ach, no i opaski! O rany, jak się co jakiś czas rozglądałam po otaczających nas zewsząd trybunach, to aż mnie zatykało z wrażenia – to było jak patrzenie w rozgwieżdżone niebo, ale we wszystkich kolorach zorzy polarnej!
Coś  n i e s a m o w i t e g o!
A w dodając do tego te balony, lasery i wszystko co wcześniej wymieniłam, to mózg wręcz rozsadzało od tych organoleptycznych wrażeń.

Ale to nie jedyne co się chwali na coldplejowym koncercie, bo konfetti może sobie pierdyknąć każdy, ale ten koncert to trzeba jeszcze jakoś poprowadzić. Publiczność to trzeba jeszcze animować, tak żeby autentycznie się bawiła jak na jednej, ogromnej wiksie. No i Chris po raz kolejny dostaje tutaj gwiazdkę w kolorze tęczy, bo w trakcie śpiewania jednej z piosenek (chyba było to Advetrure of a Lifetime, ale gowy nie dam, bo nadmiar wrażeń zrobił mi w głowie kolorowy chaotyczny zlepek wrażeń) zaczął zaśpiewywać „everybody get doownn, everybody get doownn” i cała płyta jak jeden mąż przykucnęła, żeby zaraz po jego odliczaniu od trzech w dół – wyskoczyć ile sił w nogach! Trzeba też umieć połączyć tysiące ludzi niemal w jeden głos i jedną falę.
(Swoją drogą ciekawe jak to wyglądało z trybun.)

Myślę, że chłopaki z Coldplay czują miętę do polskiej publiczności. I zresztą wzajemnie. Na P!nk byłam na koncercie w Niemczech i z ręką na sercu przyznaję, że wśród Polskiej publiczności to jednak bawię się najlepiej.

***

Są takie koncerty, że człowiek wie, że nie zapłacił za zwykłe odsłuchanie muzyki na żywo, ale zapłacił za cudowne wspomnienie, którym będzie się karmił nie jednego zimowego wieczora. Bo kiedy zamknę oczy to wciąż na nowo widzę, jak kolorowe konfetti sypią mi się na głowę na tle otwartego dachu Stadionu Narodowego, a w głowie rozbrzmiewają mi ostatnie wersy piosenki Yellow.


Photos by R42 / coldplay.com 

Poprzedni post Następny post

Może ci się również spodobać

  • Gosia S.

    Zgadzam się. Było tak cudownie że aż brak mi słów. Karma dla zmysłów!

  • Och ach nie mogę! Nawet sobie nie wyobrażasz jaka jestem zła, że byłam na koncercie w Szwecji! I to jeszcze znajoma kupiła bilety na trybunach! Fakt, że ma 150 cm wzrostu i pewnie by ją zgnietli na płycie, ale na tych trybunach wśród moich kochanych szwedzkich sztywniaków to ja jedyna skakałam. Aż głupio było. I niestety komentarze Chrisa, że jesteśmy cudowną publicznością brzmiały dosyć sztucznie. Chociaż faktem jest, że publiczność ta trwała tam w ulewie niezmordowanie (ja oczywiście w worku na śmieci)… Za to po pożegnaniu grzecznie wyszła nawet nie prosząc o bisa. Płakać mi się chciało.

    Cóż nie byłabym rasową Polką gdybym nie ponarzekała. Tak poza tym to koncert był super! Ale tak jak mówisz – chyba najlepiej bawić się wśród swoich. Szwedzka publiczność to jednak nie to co polska!

    • Ha, a widzisz! Wczoraj wróciliśmy z Open’era i Dave Grohl się śmiał z polskiej publiczności, że ewidentnie lubi klaskać :D także rzeczywiście coś musi w tym być, że bawimy się nieco inaczej od innych!