kim jesteś?
Ludzie

Kim jesteś?

Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie jest to jedno z najtrudniejszych pytań ever. Drugim z kolei najtrudniejszym pytaniem jest „o czym piszesz swojego bloga?”. Za każdym razem mam małą zwiechę i nie mam pojęcia co tak naprawdę byłoby dobrą odpowiedzią. 

Ostatnio na Spotify odkryłam cudowny dział jakim są podcasty i totalnie zakochałam się w głosie Stephena Westa i jego filozoficznym programie Philosophize This. Niemal codziennie rano w drodze do pracy słucham kolejnych epizodów i za każdym razem wiem więcej, niż wiedziałam wczoraj. I tak powiem Wam szczerze, że ostatnio trochę ubolewam, że sama filozofia ma raczej negatywną konotację. No powiedzmy sobie szczerze, raczej nikt nie potraktuje tego jako komplement, gdy ktoś powie nam: z ciebie to taki filozof, nie?

Sam termin filozofia oznacza nic innego jak umiłowanie mądrości, a kto z nas nie chciałby być mądry, hę? Wiem, że mało kto ma już czas na myślenie, zastanawianie się, rozważanie i analizowanie; a szkoda, bo myślenie jest piękne i w żaden sposób nie powinno być uwłaczające.

Dzisiejszy tekst jest inspirowany właśnie jednym z epizodów podcastu Stephena Westa o takim filozofie jak Jean-Paul Sartre i jego wizji jaźni/samoświadomości/tożsamości, a po angielsku chodzi po prostu o „the self”.

Gdzie mieści się „Ja”?

Zastanawialiście się kiedyś nad tym gdzie mieści się to, kim jesteśmy? Czy jest to jakaś eteryczna mgiełka zwana duszą? Czy jest to jakaś energia, która nas zamieszkuje? A może jest to zlepek neuronów i neuroprzekaźników, które przetaczają się bez wytchnienia po naszych synapsach? Czy twoje „Ja” jest w twoim sercu? W jelitach? W mózgu? A może tak naprawdę w każdej naszej komórce jest trochę z naszego „Ja”? Czy tylko ty masz dostęp do swojego „ja”?

Czy istnieje tylko jedno prawdziwe „Ja”?

Drugą kwestią jest czy w ogóle istnieje coś takiego jak „prawdziwe Ja”? No bo to by oznaczało, że jednocześnie musi istnieć coś takiego jak twoje „nieprawdziwe Ja”. Wszyscy mówią o przywdziewaniu masek na potrzeby środowiska, w którym na co dzień się obracamy, ale jak tak sobie myślę, jak już mówimy o tych maskach, to czy można jednoznacznie stwierdzić, że każda z tych masek to jest kłamstwo? Czy można jednoznacznie stwierdzić, że kiedy wracamy do domu i „zrzucamy” tę przysłowiową maskę to wtedy jesteśmy prawdziwą wersją siebie? A co jeśli każda z tych wersji jest prawdziwa, tylko po prostu pełni różne funkcje i nie jest osobnymi bytami, a po prostu fragmentami jednej i tej samej mozaiki?

Kto wie lepiej kim jesteś – ty czy twoje otoczenie?

Pewnie pomyślicie sobie, że zwariowałam i co to w ogóle za pytanie – to oczywiste, że Wy sami najlepiej wiecie jacy „tak naprawdę jesteście”. Ale zaraz Wam udowodnię, że to wcale nie jest takie jednoznaczne.

Pomyślcie sobie, że jest taki gościu, który twierdzi, że jest Napoleonem Bonaparte. Ubiera się jak Napoleon, chodzi jak Napoleon, mówi jak Napoleon, ale Wy wiecie, że ten koleś wcale Napoleonem nie jest, no bo umówmy się – to nie te czasy. No i teraz pytanie: kto wie lepiej – wy czy on? To, że on twierdzi, że jest Napoleonem oznacza, że nim rzeczywiście jest?

Pomyślcie nad tym. Ile razy zdarzyło Wam się słuchać jak jakiś Wasz znajomy mówi jaki to on by nie był kozak, gdyby jakieś ziomki próbowały go pobić, że on to by się nie cackał, tylko bim-bam, rach-ciach, w stylu Jean-Claude Van Damme by ich powalił jednego za drugim. A Wy sobie myślicie: „taaa… yasne, już to widzę”. Wiecie, może on rzeczywiście myśli o sobie jak o takim kozaku, który by się nic a nic nie wahał, ale czy to oznacza, że takim kozakiem jest w rzeczywistości?

Trzeba wiedzieć, że każdy z nas posiada swój „cień” – czyli cechy, o których istnieniu nie chcemy słyszeć i które najczęściej wypieramy ze swojej świadomości. Ten cień za to jest doskonale widoczny dla osób z naszego otoczenia. Odważę się stwierdzić, że jesteśmy w stanie siebie w pełni poznać tylko wtedy, gdy otworzymy się też na obraz jaki mają o nas inni, bo właśnie wtedy obraz nas samych jest pełny.
To trochę jak z księżycem – naturalnie widzimy jedynie jego jasną stronę, a żeby zobaczyć go całym wymagałoby od nas udania się również na jego ciemną stronę i wtedy można powiedzieć, że go w pełni zbadaliśmy, poznaliśmy i znamy jego pełne oblicze.

Z czego się składa twoje „Ja”?

Sartre sobie myślał o tej całej konstrukcji jaką jest jaźń i doszedł do wniosku, że trzeba ją podzielić na dwa elementy: na faktyczność i na transcendencję.

Faktyczność to nic innego jak zbiór faktów o człowieku. To są rzeczy typu: mam tyle i tyle lat, moje oczy są koloru takiego, a włosy takiego, wychowałam się tu i tu, skończyłam taką i taką szkołę. W moim przypadku mogłoby to wyglądać tak: mam na imię Berenika, mam 27 lat, mam 162 cm wzrostu, boję się ślimaków i mam depresję (niekoniecznie przez te ślimaki). Ale nawet gdybym zasypała Was całym zbiorem takich faktów o mnie, to bylibyście w stanie powiedzieć z całą pewnością jaka jestem i kim jestem? Sartre doszedł do wniosku, że nie, to nie wystarcza, bo człowiek jest dużo bardziej skomplikowaną istotą, a jedynym momentem kiedy człowiek staje się czystą faktycznością, to jak jest martwy.

Dlatego Sartre uznał, że owszem, jesteśmy jakimś tam zbiorem faktów, ale w każdym z nas tkwi jeszcze możliwość zmiany i ewolucji. Wybory jakich dokonujemy mówią o nas tak samo dużo, jak zbiór faktów z naszego życia. To, że się uczysz by zostać lekarzem. To, że trenujesz, żeby dostać się do drużyny Roller Derby, albo to, że rzucasz słodycze, żeby schudnąć do sukni ślubnej.

Żeby w pełnie pojąć własne „Ja” trzeba również zrozumieć to, kim się jeszcze nie jest. Można uznać, że Sartre mówi: jestem, kim jestem, ale również jestem tym, kim nie jestem… jeszcze. W tym sensie to, kim jesteś jest twoją faktycznością, a to kim nie jesteś (jeszcze) – to twoja transcendencja.

Faktyczność i transcendencja – pomieszane z poplątanym w twoim „Ja”

Zauważcie, że faktyczność wpływa na transcendencję, a transcendencja ma wpływ na naszą faktyczność.  Na przykład to, że mam 162 cm wzrostu sprawia, że no raczej nigdy nie zostanę modelką. To, że od zawsze miałam problemy z cerą, sprawiło, że miałam niskie poczucie własnej wartości i dość szybko porzuciłam swoje nieśmiałe marzenia o zostaniu aktorką, natomiast w wyniku zmian myślenia o sobie i zaakceptowaniu pewnej „ułomności” mojej skóry, moje poczucie własnej wartości ma się w zupełnym porządku. Moja introwertywność sprawiła, że lubiłam dużo pisać w pamiętnikach i w wyniku dalszego rozwoju w tym kierunku założyłam tego bloga. Moja depresja jest faktem, ale już to, że chodzę na terapię jest jakimś procesem, w trakcie którego jestem – to transcendencja.

Każdy z nas rodzi się w swojej własnej faktyczności, która może nas ograniczać w jakichś kierunkach i w jakiś sposób definiować nasze przyszłe życie. Więc jasne, że nie jest możliwe, żebyś został kimkolwiek zechcesz (nie wierz okładkom zeszytów), ale to wcale nie znaczy, że zostałeś zupełnie bez wyboru. Jesteś jak taki niedokończony obraz, który wciąż jest w procesie tworzenia. Nieustannie, aż do śmierci.
Jeśli to nie jest coś pięknego, to ja już nie wiem co jest.

Jesteś ciągłą zmianą

Akurat mi podejście Sartre do tematu „Ja” dodało trochę otuchy. Bo on tym wszystkim mówi, że nasze „Ja” nie jest nigdzie zamknięte jak w jakimś sejfie, do którego jedynie my mamy dostęp, ani też nie jest to żaden statyczny, jednoznaczny i betonowy byt, z którym nic nie da się zrobić. To bardziej jak woda, która zmienia stan skupienia; jak rzeka, która wciąż płynie.

To kim jesteś, to tak naprawdę stan ciągłej zmiany. Czasem małych zmian, czasem większych, a czasem zupełnie ogromnych i drastycznych, ale jednak – wciąż jesteś w procesie. Nigdy nie zdołasz w pełni zdefiniować swojego „Ja”, bo wciąż będziesz zbiorem faktów, które mogą się zmienić w różne możliwości.
I to jest cudowne.


Gdybyście mieli ochotę na trochę więcej filozoficznej rozkminy, to tutaj macie namiar na Philosophize This (podcasty są po angielsku, na stronie również można dostać transkrypcje epizodów).

Photo by Gianni Zanato on Unsplash

Poprzedni post

Może ci się również spodobać

  • Świetny tekst!
    Maski o których piszesz, socjologia nazywa rolami społecznymi. Każdy odgrywa wiele ról, a każda rola wymaga innego zachowania. Inaczej będziemy zachowywać się jako pracownicy, a inaczej jako pacjenci u lekarza albo partnerzy w związku. Wynika to z wymogów i oczekiwań społecznych. Wychodzenie poza zespół ról uważa się za społeczne niedostosowanie. Żeby zrzucić wszystkie maski trzeba by kompletnie odwrócić się od świata, ludzi, relacji i społeczeństwa, a to nie jest możliwe.
    Myślę, że jesteśmy zlepkiem wszystkich tych ról, ale po za tym jest w nas coś więcej. Transcendencja, o której piszesz, idealnie określa to, o co mi chodzi. Podobno jedyną stałą rzeczą są zmiany. Myślę, że ciągła zmiana w nas samych sprawia, że każdego dnia jesteśmy już kimś innym.

    • Dzięki!
      Też mi się spodobała idea transcendencji.
      A z tymi rolami/maskami, to wcześniej też mi się wydawało, że to dostosowanie się do jakiejś roli to jest nakładanie maski na nasze prawdziwe Ja, ale teraz myślę sobie, że te nasze role i „maski” to jest integralna część naszego Ja, a nie jakiś obcy twór.