syndrom oszusta
Ludzie

Kiedyś wszyscy sobie uświadomicie, że wcale nie jestem mądra – czyli mój syndrom oszusta

Za każdym razem, kiedy publikuję nowy tekst i odzew jest mierny, to myślę sobie: „no i proszę, w końcu do nich dotarło, że wcale nie mam nic mądrego do powiedzenia i w dodatku beznadziejnie piszę.” Bez przerwy w głębi ducha odnoszę wrażenie, że to co piszę wcale nie jest jakieś dobre, choć przecież wielokrotnie mówiliście, że jest przeciwnie. Dopiero niedawno dowiedziałam się, że ten mój wewnętrzny głos, to nic innego jak syndrom oszusta.

Miesiąc temu zaczęłam nową pracę jako asystentka biura i przez dobre dwa tygodnie wciąż czułam niepokój, że ktoś wreszcie do mnie podejdzie i powie, że nastąpiła jakaś pomyłka. Sama nie wiem jak ta pomyłka miałaby wyglądać, może pomieszali CV, oddzwonili nie do tej osoby co trzeba i w ogóle wynikło z tego jakieś kosmiczne zrządzenie losu. Chociaż z jednej strony wiem, że nie jestem głupia, szybko się uczę i sobie poradzę, to z drugiej strony jakby sama sobie nie dowierzam i czekam aż się potknę, a wtedy będę mogła wykrzyknąć „a nie mówiłam!”.
Nawet jeszcze w poprzedniej pracy, kiedy przyjęłam funkcję kierowniczki, to nieustannie miałam wrażenie, że zadzwoni do mnie szef i powie: „słuchaj Berenika, jednak nie nadajesz się do tej roboty. Aha! I twój angielski jest słaby”. Zresztą mój syndrom rozciąga się w całej okazałości – także na sferę życia towarzyskiego.

Nie mam wokół siebie zbyt wielu koleżanek (oprócz jednej daleko-hen) i momentami desperacko chciałabym takich przyjaźni więcej. Tak się składa, że kiedyś jakby zaprzyjaźniłam się z dziewczyną z internetu i wszystkie znaki na niebie, ziemi i w sieci LTE wskazywały, że możemy się wspaniale zakoleżankować. A później się spotkałyśmy… i jakoś nie pykło. Wyciągnęłam z tego jedyny słuszny (w moim mniemaniu wniosek) – po prostu dziewczyna uświadomiła sobie, że w rzeczywistości wcale nie jestem taka fajna. No zwyczajnie tracę w oczach innych przy bliższym poznaniu.
Jestem ściemniarą i ona już to wie.

Syndrom oszusta – skąd, u licha, się to wzięło?

Pierwszy raz z określeniem „syndrom oszustki” spotkałam się podczas czytania książki „Feminist Fight Club” Jessiki Bennett. Okazało się, że znaczna część kobiet zajmujących wysokie stanowiska czuje, jakby swój sukces odniosła przez przypadek, albo zadecydował o tym głupi łut szczęścia. I tak, jest w tym zależność płciowa, choć ponoć nowe badania wykazują, że mężczyźni również borykają się z tym syndromem, jednak mniej chętnie się tym dzielą.
Niemniej badania wykazały, że mężczyźni prędzej będą sądzili, że ich porażka jest wynikiem przypadku, zbiegu okoliczności bądź pecha, natomiast ich sukces jest tylko ich własną zasługą (odwrotnie do kobiet).
Zgłębiając dalej temat, trafiłam na jedne z pierwszych badań naukowych dotyczących tego syndromu.  Badaczkom udało się wyodrębnić dwie najczęstsze przyczyny powstawania takiego syndromu u kobiet.

Po pierwsze – kiedy któreś z rodzeństwa jest uważane za to „zdolne”. Wtedy taka kobieta czuje, że musi nadgonić brata lub siostrę i wkłada w to ogromny wysiłek. Natomiast nawet jeśli obiektywnie rzecz biorąc ma lepsze oceny i wyniki, to wciąż w głębi ducha uważa, że jej rodzina może mieć jednak racje wątpiąc w jej inteligencję i zdolności.

Po drugie – kiedy rodzice właśnie uważają, że to ty jesteś tą zdolną i wszystko w życiu ci przyjdzie z łatwością. Ale później okazuje się, że wiele rzeczy wcale nie przychodzi ci z łatwością, tylko musisz włożyć w osiąganie celów sporo wysiłku, więc w efekcie czujesz się jak oszustka. Badaczki przytaczają nawet przykład jednej z kobiet, która w młodości UDAWAŁA, że się NIE UCZY, żeby podtrzymać wiarę jej rodziców w to jaka jest zdolna, bo jej matka twierdziła, że inteligentni ludzie wcale nie muszą się uczyć, żeby mieć dobre wyniki w szkole.

Z kolei w środowisku pracy, wiele kobiet odczuwa, że albo udało im się osiągnąć sukces, bo ktoś po drodze mylnie je ocenił za wysoko, bądź wpadają w dziwaczny mechanizm napędzany strachem, że ktoś odkryje, że wcale nie są inteligentne, zatem mocno skupiają się na nauce i pracy, żeby to „zamaskować”. W efekcie otrzymują doskonałe wyniki, ale i tak wewnętrznie czują, że wszystkich jedynie oszukały. A nawet sama myśl od początku o możliwym odniesieniu sukcesu sprawia, że czują jakby „zapeszały” i wtedy z pewnością poniosą porażkę, bo są zbyt pewne siebie (a przecież wszystkie wiemy czym się kończy zbytnia pewność siebie, prawda?).
W takim galimatiasie nawet największy sukces staje się jedynie wydmuszką i nie daje pełnej satysfakcji.

Oszukaństwa uczymy się od małego

Każdy człowiek w jakimś stopniu pragnie być akceptowany przez społeczeństwo (tak, są skrajne wyjątki), a tak się składa, że kobiety są chyba jeszcze bardziej na to odrzucenie podatne. Bo pewna siebie kobieta nie jest postrzegana tak samo jak mężczyzna. Facet będzie stanowczy, kobieta z kolei w tej samej sytuacji będzie określona suką. Kobiety często boją się odnieść sukces i sabotują same siebie, żeby nie utracić w oczach innych swojej „kobiecości”. Albo budują w sobie to toksyczne poczucie skromności, żeby nie wyjść na te hop-do przodu, pewne siebie, wywyższające się, wymądrzające się babska. To akurat jest o mnie, bo na przykład, dość często powstrzymuję się przed używaniem skomplikowanego słownictwa, żeby druga osoba nie pomyślała, że jestem zbyt przemądrzała.

Mam wrażenie, że takie mechanizmy mamy kodowane już od młodych lat, żeby się krygować, nie chwalić i nie wywyższać. Zauważcie, że już w podstawówce wyzywają lepiej uczące się dziewczynki od kujonic i pupilek nauczyciela.
Teraz mi się przypomniało jak w podstawówce dostałam szóstkę ze sprawdzianu z historii. Akurat byłam chora kiedy nauczycielka oddawała prace i nie mogłam uwierzyć koleżance, kiedy mi przekazała tą wiadomość. Byłam pewna, że to pomyłka. Mieliśmy wtedy w klasie kilkoro chłopaków, którzy wiedli prym w nauce i to było przez klasę podziwiane, ale ponoć kiedy Pani od historii wyczytała, że to JA a nie jeden z nich dostałam 6, to nikt nie mógł w to uwierzyć.
Ale spoko, nawet ja po tylu latach mam wrażenie, że to była jakaś dziwaczna pomyłka.

Sposoby na syndrom oszusta

Badaczki w swoim artykule przytaczają kilka technik w terapii, które mogą pomóc w opanowaniu tego wrednego syndromu. Można na przykład sobie wyobrazić wszystkie sytuacje, kiedy odnieśliśmy sukces i jak mówimy komuś, na przykład szefowi, który dał nam awans, że z pewnością źle nas ocenił, a później spróbować wyobrazić sobie odpowiedź tej osoby. Dużo z badanych kobiet przytaczało słowa typu: „obrażasz moją inteligencję skoro myślisz, że nie potrafię trafnie wytypować osoby zasługującej na awans”, „nie podoba mi się, że podważasz moją ocenę” albo „nie dostałaś tej nagrody, bo jesteś urocza tylko dlatego, że w całej swojej karierze nie czytałem lepszego wypracowania!”.

Inną techniką jest świadome zmienianie mechanizmu myślenia z „mogę zawalić ten egzamin” na „z pewnością uda mi się zdać ten egzamin”. Pozwoli nam to wyeliminować myślenie „magiczne”, czyli właśnie wiarę w zapeszanie i skuteczność bzdurek z rodzaju: jak nie założę szczęśliwych majtek, to na bank obleję.

Można też dla odmiany wcielić się w swoje przeciwieństwo i choćby na chwilę udawać i zachowywać się jak ktoś, kto uważa, że jest zdolny, bystry i pewny swoich możliwości.
Kiedy odegra się taką „scenkę” przed grupą innych osób i na własne oczy zobaczymy, że nikt nas nie wytyka, to może nam się udać przełamać strach przed odrzuceniem albo utratą tych mistycznych właściwości  jak „kobiecość”.

Badaczki zapewniają, że praca nad syndromem oszusta popłaca, bo w efekcie potrafimy same sobie powiedzieć:

„Jestem inteligentna. Nauczyłam się i osiągnęłam bardzo dużo. To jest zupełnie w porządku, żebym wierzyła w swoją inteligencję i zdolności.”

***

Wielokrotnie w czasach szkolnych słyszałam, że jestem mądra, bystra czy inteligenta. Czy w to wierzyłam? Nie. Byłam przekonana, że po prostu dobrze ich wszystkich zbajerowałam i sprawiłam, że im się tylko wydawało, że ja jestem taka mądra. Cały czas wydawało mi się, że jestem po prostu taka sprytna i to jest jedna wielka szarada, nie przyszło mi do głowy, że może faktycznie jestem taka, jaką mnie widzą. Bo wiecie co, często się mówi, że to ty wiesz najlepiej kim jesteś, ale okazuje się, że czasem wcale nie wiesz kim jesteś i to inni wiedzą lepiej na co cię stać. Zatem może czasem warto też słuchać innych, a nie tylko własnego wrednego głosiku oszusta w głowie.


Podobał ci się ten tekst, zajrzyj też do tego i zapytaj siebie czy wiesz kim jesteś.

Photo by Igor Starkov on Unsplash

Poprzedni post

Może ci się również spodobać