jak żyć pełnią życia
Ludzie

Instagram nie powie ci jak żyć pełnią życia

Na Instagramie jestem obecna już dobrych kilka lat. Byłam tam nawet jeszcze zanim założyłam bloga i jak można się domyśleć nie bardzo wiedziałam o co tak właściwie w tym wszystkim chodzi. Ale strasznie mnie jarało, że w ten sposób miałam „znajomków” z odległej Japonii czy z Columbus, w stanie Oregon. Zresztą do tej pory czasem coś mi skomentują albo wyślą serduszko w odpowiedzi na relację. To miłe, bo to jest jak takie pozdrowienie z odległych czasów, kiedy Instagram był taki nieprofesjonalny.

Ostatnio poważnie się zmartwiłam. Przejrzałam moją siatkę na Instagramie i stwierdziłam, że chyba jest mało spójna. Bez przerwy próbuję nowych metod obróbki zdjęć i sama nie wiem jaki chciałabym mieć w tej kwestii styl. Można wdzięcznie określić, że się tym wszystkim bawię, ale ja wiem, że ja zwyczajnie próbuję wszystkiego na oślep. Tak samo jak robiłam to 5 lat temu na samym początku mojego instagramowania.

Tysiące twarzy, setki miraży

Gdzieś w międzyczasie nastąpiło (w moim odczuciu z dnia na dzień) sprofesjonalizowanie Instagrama. Gdzie siatki miniatur zdjęć są ze sobą spójne pod względem kompozycji, stylu czy też tak zwyczajnie kolorystycznie. No i ja tak patrzę na te zdjęcia flat lay  (czyli taki jakby z lotu ptaka) i piękne są – to fakt. Ale jednocześnie jakoś mi tak brakuje w tym wszystkim pierwiastka ludzkiego. Bo nie uwierzę, że ludzie codziennie piją kawę z jesiennymi liśćmi rozrzuconymi po łóżku. Ja, na przykład tak nie piję kawy, więc jakoś ciężko mi się z tym utożsamić.

Ale w sumie kij w to, bo takie profile mają za zadanie być po prostu smaczne i piękne – to wszystko. Mają się pięknie komponować – czaję, naprawdę! I też dobrze, bo przecież piękno jest nam potrzebne. Ale jednak przyszedł taki moment w moim życiu (trochę ponad rok temu), że kompletnie nie potrafiłam się odnaleźć w tym wszechobecnym Instagramowym pięknie. W sensie ja siebie w tym nie widziałam. U innych widziałam piękne, szczęśliwe życie, w otoczeniu jeszcze piękniejszych rzeczy i wspaniałych ludzi. A u mnie syf, kiła i mogiła. Źle mi non stop i rzygać mi się chcę jak patrzę w lustro. Czułam, że coś ze mną jest cholernie nie tak. I to nawet nie w sensie, że to depresja, czyli coś realnego, ale po prostu tak ogólnie jestem do dupy, bo nie potrafię być szczęśliwa i pić kawy w łóżku posypanym leśnym runem.

Jak na lekarstwo szukałam profili ludzi, którzy powiedzieliby mi, że też dzisiaj czują się do dupy. Że do dupy się czują w sumie już od kilku miesięcy. Chciałam usłyszeć o tym, że inni też borykają się z podobnymi problemami co ja. Ale o tym dowiedziałam się (że tak powiem) dopiero na osobności. Wiecie dlaczego?

Bo szczęście jest publiczne, a smutek prywatny

Kiedy się z czegoś cieszymy, to momentalnie chcemy się tym podzielić ze światem, natomiast kiedy nam źle to unikamy wszelkiego kontaktu z ludźmi, również tymi w internecie.
I ja rozumiem, że kiedy czujemy się paskudnie, to potrzebujemy czasu na pozbieranie się do kupy. Nie zrozumcie mnie źle – w tym wszystkim nie mam na myśli, żeby chodzić z megafonem i mówić wszystkim jak nam jest źle. Jeśli ktoś świadomie daje sobie czas na regenerację i pozbieranie wewnętrznego bałaganu, to jest to wręcz zdrowe.
Mi bardziej chodzi o to, że wiele osób nie mówi o pogorszeniu swojego nastroju dlatego, że się tego wstydzi. Wstydzą się przyznać nawet przed najbliższymi, że od jakiegoś czasu jest im smutno.
No i to już raczej nie jest zbyt dobre.

I zastanawiam się dlaczego tak jest? Pomijam indywidualne uwarunkowania spowodowane przeżytymi w przeszłości traumami. Chodzi mi bardziej o to, czemu tak zbiorowo wstydzimy się napisać/powiedzieć, że dzisiaj jest zupełnie do dupy? Dlaczego łatwiej idzie nam dzielenie się sukcesami i dobrymi dniami? Czy to dlatego, że nie chcemy wyjść na tych jojczących i wiecznie marudnych typków? A może nie chcemy innych zarażać złymi wibracjami?

Wspólny mianownik – milczenie

Jest jedna rzecz, po której zawsze poznaję, że obserwowani przeze mnie twórcy internetowi przechodzą przez gorszy czas, a mianowicie – milczenie. Zawsze wtedy milczą i jakoś tak znikają z eteru.
Bo nie ma sensu się odzywać, kiedy nie czujemy się wewnętrznie jak świeży podmuch wiosny. Też kiedyś tak robiłam, ale postanowiłam trochę przerwać swoje milczenie w smutku. Powody są w sumie trzy:

#1. Bo Gonciarz też płacze – jakiś czas temu Krzysztof wrzucił na swoją relację na IG zdjęcie, na którym było widać jego zapłakaną twarz. Bardzo mocno mnie to wtedy poruszyło. Bo wiecie, Krzysiek robi dużo dobrych rzeczy w internecie i można powiedzieć, że wszędzie go pełno. A jednak też ma dni, kiedy nic tylko siąść i płakać. I wreszcie zobaczyłam w nim coś z siebie, a to dodało mi otuchy.

#2. Bo nie po to na terapii uczę się „poprawnego” wyrażania i przeżywania smutku czy złości, żeby teraz na Insta ściemniać, że każdy mój dzień jest kolorowy jak pierdnięcie jednorożca – bo nie jest. Mam różne dni – takie, że ze szczęścia mam ochotę skakać i walić dyńką w sufit, ale też i takie, że mam ochotę się zakopać w jakimś bagnie i tam powoli skisnąć. Do niedawna naprawdę byłam przekonana, że tylko ja tak mam. Na szczęście powoli do mnie zaczęło docierać, że każdy ma coś, jakąś traumę, rysę na psychice, etc.

#3. Bo wierzę, że to ma sens. Tak zwyczajnie. Naprawdę uważam, że w tej naszej przestrzeni internetowej jest jeszcze  wystarczająco miejsca na pełen wachlarz uczuć i emocji. Że nie jesteśmy przecież monochromatyczni, a każdy jeden z nas jest konstrukcją z pełnej palety barw w różnych konfiguracjach. Że w wirtualnej rzeczywistości wciąż możemy być mimo wszystko prawdziwymi ludźmi z krwi i kości, którzy odczuwają życie.

Jak żyć pełnią życia

Do niedawna, kiedy ktoś rzuciłby mi tekstem, żebym żyła pełnią życia, to momentalnie miałabym w głowie obrazek jak skaczę ze spadochronem czy coś. Ale parę tygodni temu ścieliłam łóżko i uderzyła mnie myśl, że to wcale nie tak. Że kiedy leżałam w tym łóżku i znów ryczałam w poduszkę, to właśnie też żyłam pełnią życia. Kiedy serce pękało mi na milion kawałków po kolejnej utracie i przeżywałam swój pierwszy w życiu atak paniki. Kiedy się złościłam, smuciłam i miałam żal. Kiedy pierwszy raz pozwoliłam sobie w pełni to wszystko przeżyć na bieżąco – właśnie wtedy wreszcie zaczęłam żyć pełnią życia.

Bo pełnia życia to nie samo szczęście, radość, duma i spełnienie. To też smutek, gniew, żal i rozpacz. Pełnia życia musi być – jak sama nazwa wskazuje – PEŁNA.
I dlatego nie wierzcie Instagramerom, którzy pokazują tylko kolejne stopklatki ze swoich wojaży, że dopiero tak wygląda życie pełnią życia. To nie jest pełnia, to są jedynie fragmenty i skrawki całości – nie dajcie się zrobić w balona.

***

Dopiero kiedy to wszystko do mnie dotarło, to przestałam czuć wewnętrzne zaniepokojenie, że marnuję czas. Że życie przecieka mi między palcami. Bo ciągle gdzieś z tyłu głowy kołatała się myśl, że zamiast leżeć i topić się w smutku, mogłabym skakać z tym cholernym spadochronem.
Teraz już wiem, że życie to jest to, co dzieje się teraz. Nawet jeśli to, co dzieje się teraz, to jest właśnie smutek.


Jakby co, to Instagramie znajdziecie mnie tutaj: @lepiejmyslec

Photo by ian dooley on Unsplash

Poprzedni post

Może ci się również spodobać