jak to jest być agnostyczką w Polsce
Ludzie

Jak to jest być agnostyczką w Polsce

Moje pierwsze wspomnienie związane z religią jest z pierwszej klasy podstawówki, kiedy któregoś dnia na drugie śniadanie miałam kanapkę z szynką. Mój ówczesny kolega, z którym siedziałam w ławce i ogólnie się mocno przyjaźniliśmy od małego gówniaka, zwrócił mi uwagę, że nie powinno się jeść w piątek mięsa. Zupełnie nie potrafiłam pojąć niby dlaczego nie można i w ogóle gdyby rzeczywiście taka zasada istniała to chyba zostałabym o tym poinformowana do tej pory, prawda?

Zawsze mnie zastanawiało gdzie Piotrek chodzi co niedzielę taki odstrojony i że nie można go wtedy wyciągać na dwór, żeby pobiegać po okolicznych polach. Mówił, że idzie do kościoła, ale co to ten cały „kościół” i co tam się robi? To wszystko wydawało mi się szalenie tajemnicze i niezrozumiałe.

U mnie w domu nikt nie rozmawiał ze mną o bogu, więc od małego ten koncept był dla mnie dość abstrakcyjny. W pierwszej klasie zostałam „zapisana” na religię (a w naszej rzeczywistości to jest się zapisanym na religię jakby z założenia, a jedynie możesz się z niej aktywnie wypisać) i katechetka na którejś z lekcji powiedziała, że zwierzęta nie mają duszy. Byłam w szoku! To brzmiało dla mnie jak czysta herezja, bo przecież Pocahontas śpiewała, że wszystkie zwierzęta mają dusze. To był chyba mój pierwszy zgrzyt z religią, bo nie byłam w stanie bezwzględnie uznać jej założeń.

Podstawówka

Na lekcje religii chodziłam przez całą podstawówkę. W trzeciej klasie bardzo zapragnęłam pójść do komunii. Głównie dlatego, że reszta dzieci szła i nie chciałam być znowu tą „inną” i „dziwną”. Poza tym każdy już nawijał jakich prezentów się spodziewa, więc wizja komunii wydawała się szalenie pociągająca. Musiałam się ochrzcić i generalnie były z tym wszystkim straszne hocki-klocki, bo moja rodzina nie chodziła do kościoła, więc ksiądz robił nam maksymalnie pod górkę – nawet mój brat musiał do niego iść i się tłumaczyć ze swojej niewiary. Moja mama dostała publiczną zjebkę w kościele, bo co to za matka, że dziecka nie wysyła do kościoła (tak przy okazji, to była pierwsza msza na której byłam w życiu, miło co?).

Ale przeszliśmy przez to wszystko, bo ja tak chciałam i to była moja decyzja. Po komunii na lekcji religii mieliśmy wyjść kolejno na środek klasy i pochwalić się co dostaliśmy w prezencie. Wstydziłam się mówić o tym przed całą klasą, bo dostałam czekoladki i chyba 100 zł (co wtedy było dla mnie kosmicznym pieniądzem, jednak przy prezentach innych dzieciaków przedstawiało się to dość żałośnie).

Po komunii ze dwa-trzy razy poszłam do kościoła i na tym się skończyła moja przygoda z nim.

Miałam wtedy jakieś 9-10 lat i jak niemal każdy człowiek bałam się odrzucenia. Bałam się wykluczenia i wytykania palcami – co zresztą i tak mnie dotyczyło skoro byłam ruda, a później jeszcze pryszczata. Niestety, ale odporność na opinie ludzi [czyt.: grubą skórę] wytwarza się latami i doświadczeniami.

Gimnazjum

Z religii zrezygnowałam wraz z rozpoczęciem nauki w gimnazjum. Wtedy zmarł mój brat i właściwie miałam już kompletnie wyrąbane na lekcje religii, bo szczerze mówiąc, byłam rozżalona i wściekła. Tylko, że szkoła zupełnie nie miała pomysłu co ze mną począć. Niby powinny być zapewnione lekcje etyki, ale prawda jest taka, że w moim mieście ani jedna szkoła nie miała takich zajęć. Więc błąkałam się po korytarzach, odrabiałam na kolanie lekcje, uczyłam się i czytałam książki. Jak gdzieś mnie zobaczyła grasująca po korytarzach dyrektorka, to pytała co tutaj robię, a kiedy usłyszała, że nie chodzę na religię, to wysyłała mnie do biblioteki.

Trochę raźniej było mi od drugiej klasy, bo wtedy z religii zrezygnowała też moja przyjaciółka – uznała, że to bez sensu i nie może już słuchać co ta katechetka gada. Wciąż najlepiej wspominam te nasze przesiadywanie w dziewczęcej toalecie i plotkowanie, byleby nikt nas nie wysyłał na siłę znów do tej biblioteki, w której trzeba być cicho.

Liceum i studia

W liceum było nieco bardziej komfortowo, bo religię planowali na początku lub na koniec dnia, więc nie musiałam się snuć bez sensu po szkole. Zaczęło się ode mnie i jeszcze jednego kolegi – zrezygnowaliśmy na dzień dobry. Po paru kolejnych lekcjach dołączyło do nas jeszcze więcej koleżanek i kolegów z klasy, bo zwyczajnie woleli móc się wyspać lub skończyć szybciej, niż słuchać rzeczy, które nijak nie zgadzają się z ich światopoglądem. Niby już taką liczbą uczniów na serio POWINNI zorganizować nam możliwość uczęszczania na etykę, ale w mieście nie było ani jednej osoby, która byłaby do tego wykwalifikowana.

Na studiach na szczęście nic z tych rzeczy nie miało znaczenia. Nawet wyjechałam z naszym ogrodniczym studenckim kołem naukowym na obóz do opactwa w Henrykowie i może z początku czułam się tam nieco nieswojo, bo nie jestem obyta z takimi miejscami. Ale i tak to jest jedno z jaśniejszych i cieplejszych wspomnień z całych moich studiów!

Po studiach

Jako dawniej ateistka, a teraz bardziej agnostyczka*, zawsze czułam się mniejszością. W Polsce z góry się zakłada, że każdy napotkany człowiek jest wierzący. Teraz może już nie każdy chodzi do kościoła, ale jednak na pewno wierzy, nie?
Zawsze czułam się nieco niekomfortowo z moją niewiarą. Nie w sensie osobistym, ale w sensie społecznym. Ludzie na wieść, że jestem niewierząca, przyglądali mi się z zaciekawieniem, zupełnie jakby nagle przed nimi ukazał się jakiś ufoludek z kosmosu.
Pamiętam jak, nie tak wcale dawno, na przerwie śniadaniowej w Urzędzie Skarbowym (w którym robiłam staż) jedna z babeczek tam pracujących zapytała czy poszczę. Powiedziałam zgodnie z prawdą – że nie poszczę. Na co ona z nutą obrzydzenia:
– A co, to jesteś jedną z tych… jak im tam… ateistów? Tak, tak. Już ja was znam, teraz nie wierzą, a później jak trwoga to do boga!
Poczułam się skonsternowana. Słowo daję, brakowało jej do pełni wizerunku tylko wideł.

Obecnie

Ostatnio zawrzało w internecie z powodu nowego wzoru paszportu, w którym zaraz obok personaliów, zupełnie jakby to była twoja grupa krwi, widnieje biało-czerwona grafika z napisem „Bóg, Honor, Ojczyzna”.

Dla mnie jako osoby, która zawsze przez system była pomijana i pomniejszana, takie coś jest kolejnym i to bardzo dosadnym ciosem. Bo wychodzi na to, że honor i patriotyzm idzie jedynie w parze z bogiem. Już nawet pominę komentarze niektórych polityków, którzy uzasadniali kto jest prawdziwym Polakiem a kto nie.

Nie zostałam wychowana w wierze, a jednak jestem osobą honorową. Nie kłamię, nie oszukuję, staram się być dobrym człowiekiem i pomagać w miarę moich możliwości. Szanuję zwierzęta, segreguję śmieci i żal mi ścinanych drzew. A czy czuję się patriotką? Wiecie, ciężko czuć patriotyzm wobec kraju, który sprawia, że nie czujesz się w nim jak w domu. Bo kiedy ktoś ci mówi, że prawdziwym Polakiem możesz być tylko i wyłącznie, kiedy jesteś Katolikiem, to jakoś nie czuję się tu mile widziana. To jest cholernie przykre i trochę smutne.

Może kiedyś…

Od indywidualnych osób zaznałam stosunkowo niewiele braku tolerancji, jednak system ma mnie głęboko w poważaniu, nie oszukujmy się.
Myślę, że większość osób z mojego otoczenia są osobami wierzącymi. Nigdy nikomu nie próbowałam „wybić boga z głowy”. Jestem też odporna na próby wbicia mi go do głowy, ale też nikt jakoś nachalnie tego nie próbował wobec mnie (na szczęście). Z moimi wierzącymi kolegami i koleżankami z pracy, szkoły czy ogólnie skądinąd, mogę rozmawiać, żartować, śmiać się i polemizować. Akceptujemy nawzajem swoje prywatne poglądy i nie próbujemy ich przesadnie manifestować, bo potrafimy uszanować naszą przestrzeń wspólną, którą sobie tworzymy. Żeby osoby z mniejszości, takie jak ja, mogły się rzeczywiście poczuć w tym kraju jak w domu, to powinna być wyznaczona granica co jest prywatne, a co publiczne. Co jest kościelne, a co państwowe. Co jest religijne, a co świeckie. Nikt nikomu nie każe się wyrzekać swojej wiary, przecież nie chodzi o to! Chodzi jedynie o poszanowanie jakichś granic. Może to będzie fatalne porównanie, ale wieszanie krzyży w instytucjach państwowych przypomina mi obsikiwanie terenu w celu zaznaczenia jego przynależności do jakiejś grupy.

***

Wydaje mi się zrozumiałe i logiczne, że przestrzeń publiczna powinna być jednocześnie przestrzenią neutralną i przede wszystkim wspólną. To nie ma znaczenia kogo jest więcej – każdy obywatel Polski powinien się czuć tutaj jak w domu.


*Chociaż teraz raczej mówię o sobie, że jestem agnostyczką, to gdybyście przystawili mi pistolet do głowy i kazali się opowiedzieć po którejś ze stron, to skłoniłabym się w stronę ateizmu. Jednak jeśli na szali nie stoi moje życie, to wolę być racjonalna i uznać, że nie mam pojęcia czy jakikolwiek bóg istnieje. 

Photo by Miriam Espacio on Unsplash

Poprzedni post

Może ci się również spodobać