introwertyk na imprezie
Z pamiętnika introwertyka

Introwertyk na imprezie – poradnik survivalowy

Wciąż nieustannie staram się wyjść na przeciw stereotypom dotyczącym introwertyków i introwertyzmu jako takiego. Bo fajnie jest czasem z siebie się pośmiać, ale z drugiej strony nie ma co sobie wkręcać ograniczeń w momencie, kiedy one nam realnie przeszkadzają.

Ostatnim razem pisałam o idealnym stylu imprez dla introwertyków – czyli o imprezie/spotkaniu ze znajomymi w stylu hygge. I to naprawdę jest świetna sprawa, bo sama lubię korzystać z tej imprezowej opcji. Ale co jeśli twój zawód/pasja wymaga od ciebie uczestniczenia w większych imprezach o nieco innym charakterze? Oczywiście możesz się zaprzeć w strefie komfortu i ryć nogami w łóżku wkurzając się na siebie, że jesteś taki czy owaki. Ale w tym momencie stoisz w miejscu, a jak to kiedyś powiedział mi mądry napis na zeszycie z Lidla: życie jest jak jazda na rowerze – żeby utrzymać równowagę musisz jechać do przodu.

Jakby nie patrzeć posiadanie cech intro potrafi ograniczać. A nawet nie tyle ogranicza nas sam fakt istnienia tych cech, ale skrupulatne ich pielęgnowanie. Bo w tym momencie nie mówię o kimś, kto siedzi sam w domu w podartych gaciach i czuje się z tym najlepiej na świecie. Chodzi mi o tego, kto siedzi sam w domu w podartych gaciach i czuje się z tego powodu najgorzej. Bo mimo zaproszeń na piwo od kumpla taki typ nie ma jaj, żeby z zaproszenia skorzystać. Więc mówi sobie, że jest introwertykiem i tego nie przeskoczy, jest skazany na samotne siedzenie w podartych gaciach i ogólne poczucie nieszczęścia.
To ograniczenie, które sam sobie narzuca.

Ograniczenie, które sama sobie narzuciłam

Kiedy byłam na Blog Conference w Poznaniu, to praktycznie nie poznałam nikogo. Trochę dlatego, że byłam na prelekcjach tylko przelotem i w przerwach między poszczególnymi wykładami starałam się jeszcze zobaczyć trochę samego Poznania. A trochę też dlatego, że stwierdziłam: „spoko, podejdę, zagadam i co dalej? O czym ja mam rozmawiać z tym czy tamtym?”. Już z samego założenia uznałam, że nic z tego nie będzie, więc nawet jakoś się nie starałam.

I właśnie wtedy zdarzyła się Janina i jej prelekcja. Powiedziała całą masę ciekawych rzeczy, ale jedna szczególnie zapadła mi w pamięć. Mówiła o tym, dlaczego na takich konferencjach właśnie warto łapać kontakty z innymi twórcami, a później powiedziała jak sama ich zagadywała na początku swej słodkiej jak beza kariery. Jeśli był ktoś, z kim chciała pogadać, to przed taką konferencją wchodziła na tej osoby bloga i czytała dwa ostatnie artykuły, a później wystarczyło zagadać w stylu: „Hej! Jak tam ci idzie remont mieszkania?”.

Poczułam się jak skończony debil. Takie to proste. I w tym momencie uświadomiłam sobie, że właściwie sama siebie ograniczałam i karmiłam wymówkami. Że jestem intro, że nie umiem w ludzi, że mam RBF i weź daj spokój.

Słowo klucz: nastawienie

Wyjechałam z BCP z mocnym postanowieniem, że na kolejne takie wydarzenie pojadę i przetestuję metodę Janiny. Teraz, kiedy miałam metodę, to już sam fakt zagadywania wydawał się wręcz trywialny! Okazało się, że najbardziej przerażała mnie wizja zagadania do kogoś i utknięcia w niezręczności pod tytułem: „i co dalej?”. Teraz już nie miałam tej wymówki.

Z takim nastawieniem pojechałam na SeeBloggers. Specjalnie podkreśliłam słowo „nastawieniem”, bo właśnie ono okazało się kluczowe. Jechałam tam konkretnie nastawiona całą sobą na poznawanie ludzi. Pierwszy raz jechałam gdzieś zupełnie sama, więc nie miałam żadnych rozpraszaczy typu: „o której wrócisz? może wyskoczymy jeszcze na miasto?”. Nie było żadnych innych zobowiązań, dlatego mogłam wycisnąć maksimum z tego blogerskiego festiwalu. Byłam na biforze, na afterze i szwendałam się po stoiskach zagadując przedstawicieli. Gdyby ktoś mi nakreślił taką wizję mnie jakieś 10 lat temu, to chyba bym go wyśmiała.

Ja, 10 lat temu

Byłam szalenie niepewną siebie 16-latką. Wśród większej ilości ludzi czułam się niekomfortowo, a już nie było nawet opcji, żebym zabrała głos w takich warunkach, nawet jeśli miałam coś ciekawego do powiedzenia. Ciągle poddawałam siebie w wątpliwość – swój wygląd, swój charakter, swoje możliwości. Tylko nie wyobrażajcie sobie, że te czasy są już daleko za mną. Wciąż codziennie potrafię walczyć ze sobą i własnymi ograniczeniami, które sama w sobie hoduję. To nie jest tak, że człowiek budzi się jednego dnia i po prostu się zmienia. Człowiek któregoś dnia zaczyna jakąś jedną drobną zmianę i jeśli ma trochę samozaparcia, to za 10 lat patrzy wstecz i widzi kolosalny postęp.

I ta praca praktycznie nigdy się nie kończy. Ja wciąż nieustannie pokonuję samą siebie. Wciąż wyganiam samą siebie ze strefy komfortu. Nie jeden raz stoję przed lustrem i zastanawiam się czy na pewno dam radę. Nie raz i nie dwa czułam mdłości ze stresu przed pokonaniem jakiegoś wewnętrznego lęku.
Każdy ma swoje bitwy. Ważne żeby w ogóle czasem podjąć tę rękawicę.

Poradnik survivalowy

To teraz pora na ten poradnik survivalowy, który obiecałam, chociaż jak zwykle nie jest to żadna gotowa recepta w stylu Bear Grylls i jego sposób jak przeżyć na Biegunie Północnym mając klucz francuski i starą prezerwatywę.
Jakkolwiek mogę podzielić się swoimi sposobami i spostrzeżeniami, to wciąż praca leży po Twojej stronie. Ja nie zrobię tego za Ciebie.
Wystarczy mi, że muszę to robić za siebie.

#1. Przygotuj startery rozmów

Może się sprawdzić metoda Janiny – wystarczy ją zaadoptować do własnych potrzeb i dostosować do konkretnych warunków. Na SeeBloggers przy okazji zawierania różnych znajomości, standardowym starterem rozmowy były zapytania typu: jak wrażenia? byłaś na tym czy tamtym warsztacie? o czym piszesz? jak długo prowadzisz bloga?
Najważniejsze to mieć coś w zanadrzu – odchodzi sporo stresu, że utkniesz w niezręcznej ciszy.

#2. Nastaw się

Czego oczekujesz po danej imprezie? Że poznasz nowych ludzi? Że złapiesz ciekawe kontakty? Że pogadasz z kimś o podobnych poglądach? Wybierz jakiś konkretny cel i nastaw się na to. Nadaj temu jakiś konkretny wymiar, który może być mierzalny i można jasno określić czy cel został osiągnięty. Bo jeśli pójdziesz na imprezę z myślą, że może kogoś poznasz, to wtedy szansę masz 50/50 – może poznasz a może nie. Ale jeśli pójdziesz z nastawieniem, że kogoś poznasz, to z pewnością kogoś poznasz. Nie wiem dlaczego, ale tak to właśnie działa.
W moim przypadku samo odpowiednie nastawienie zrobiło dobrą robotę. Pojechałam tam z konkretnym celem – poznać ludzi. A raczej nie poznam ich siedząc w kącie z „obrażoną” miną [czyt.: RBF].

#3. Otwórz się – uśmiechnij się

Otwórz się, czyli nie patrz na wszystkich spod ukosa, nie bądź sceptyczny i negatywnie nastawiony do wszystkiego – to odstrasza.
Otwórz się, czyli nie siedź w kącie jakbyś był obrażony na cały świat.
Otwórz się, czyli uśmiechnij się do kogoś, kto stoi obok ciebie w kolejce albo do kogoś mijanego na korytarzu.
Bądź miły, bądź pozytywny.

#4. Zrelaksuj się

Odpuść wszelkie spięcie i napięcie. Nie traktuj tego wszystkiego zbyt poważnie. Wyprostuj plecy, opuść barki i wyciągnij sam czubek głowy do sufitu, wdech i wydech – to sprawdzona metoda z jogi, która działa rozluźniająco (opuszczenie barków), ale też napełnia pewnością siebie (wyprostowana postawa). Ja sama często łapię się na mimowolnym unoszeniu barków, a później kark mam sztywny jak kołnierz ortopedyczny.

#5. Odpierdol się od siebie

Raczej unikam przeklinania na blogu, ale kiedy już przeklinam, to wiedz, że robi się poważnie. Mogłabym napisać, żebyś się od siebie odczepił, ale odczepić to się można od paczki czipsów, a od siebie to trzeba się zwyczajnie odpierdolić. Przestań sobie wmawiać, że jak zapuścisz brwi albo jak zrobisz operację plastyczną nosa, to wtedy łatwiej będzie ci zagadywać do ludzi. Nie będzie. Ja 10 lat temu myślałam, że jak nie będę miała pryszczy, to będzie łatwiej ze wszystkim. Byłam pewna, że moje życie się odmieni i ja się magicznie odmienię jak to brzydkie kaczątko.
Gówno prawda. Człowiek tylko traci czas i niepowtarzalne okazje przez takie głupie myślenie.

Nie jesteś swoimi pryszczami, nie jesteś swoim krzywym nosem, ani nie jesteś swoim wielkim czołem. Czasem po prostu zostaw siebie w spokoju.

***

Podczas swojej prelekcji na SeeBloggers Piotr Bucki podsunął mi świetną metodę na radzenie sobie z wykraczaniem poza strefę komfortu. Wystarczy zrobić sobie taką tabelę i w kolumnach wypisać kolejno:
– co chciałbyś zrobić, ale tego się panicznie boisz
– co najgorszego może się stać (najczarniejszy ze scenariuszy)
– jak możesz zapobiec temu najgorszemu scenariuszowi

Bo lęki mają to do siebie, że żywią się brakiem rozsądku. Czasem już samo ich spisanie sprawia, że wydają się już nie tak straszne, a wręcz śmieszne.
Czasem do wychodzenia ze strefy komfortu warto podejść czysto rzeczowo, a nie na zasadzie spontanu. A przynajmniej u mnie takie podejście się sprawdziło.

 


Photo by Pineapple Supply Co. on Unsplash

Poprzedni post Następny post

Może ci się również spodobać

  • A ja dodałbym do tego wszystkiego jeszcze taką myśl, że jeżeli stajesz naprzeciw kogoś, kto cię wcale nie zna, to zamiast srać po gaciach ze strachu jak ten ktoś cię odbierze, możesz spróbować być zupełnie innym/inną sobą, kimś takim jakim zawsze chciałaś/łeś być. Czasem wyjście z własnej, pełnej ograniczeń głowy jest najlepszym co można dla siebie zrobić, bo stanie się choć na moment kimś, kim nigdy dotąd się nie było, daje szansę by dowiedzieć się o sobie czegoś nowego. To jak takie szczepienie osobowości :)

    • O tak! Rzeczywiście jeszcze można w ten sposób to zrobić. Nie znając nikogo jest się swego rodzaju tabula rasa i można się narysować jak się chce. Byleby nie wyszła z tego karykatura ;)

    • Zawsze mnie to kusi, wręcz w sposób ekstremalny, dosłownie żeby iść do jakiegoś pubu i zacząć opowiadać barmanowi jakieś niestworzone historie ze swojego życia, albo zaczepić kogoś na ulicy i udawać wariata, albo zacząć gadać z kolesiem rozdającym ulotki… Czasami spełniam te dziwne pomysły. Wspaniałe uczucie, wymyślić siebie na nowo, no i można się łatwo tego „nowego życia” pozbyć. Chyba powinnam jednak być aktorką :P

  • Świetnie napisane! Ja lubię być sama ale z drugiej strony tak bardzo chciałabym poznawać fajnych ludzi – tylko się boję, chociaż bladego pojęcia nie mam czego (totalnie błędne koło). Więc poradnik to strzał w 10! I za rok muszę pójść na SeeBlogers =]

    • Cieszę się, że Ci się spodobało i zachęcam do wybrania się na takie wydarzenie – zawsze to jakieś nowe doświadczenie, które wypycha poza strefę komfortu ;)

  • O, ta metoda poprawnego stanie mi się przyda, jako człowiek nerwowy, dawniej się garbiący, często nie wiem co zrobić z własnym kręgosłupem (i wręcz czuję, że zaraz dorwie mnie moja mama, żeby wrzasnąć za mną „Stóóóóóój prosto!”, żeby wszyscy to słyszeli i żebym miała się czego wstydzić, ot takie tam z dzieciństwa).
    Mi na wszystkich imprezach wystarczy w którymś momencie zniknąć. Teraz staram się to robić w sposób kontrolowany (w liceum słynęła z talentu do teleportacji). Wychodzę na chwilę na świeże powietrze, na coś sobie popatrzeć, albo po prostu siadam gdzieś z dala od ludzi i odpoczywam, idę do łazienki popatrzeć w lustro – i mogę wracać do ludzi, nie ma problemu. Ostatnio byłam na działce znajomej, i gdy wszyscy debatowali nad grillem i prowadzili drobne rozmowy w parach (nienawidzę tego) ja po prostu usiadłam na domku na drzewie i robiłam im fotki. Dystans zachowany, a chociaż mamy jakieś zdjęcia z imprezy. Introwertyk to też praktyczny czlowiek :P

    • Też świetny pomysł! Kiedyś czasem lubiłam na chwilę „zniknąć” i w spokoju sobie gdzieś posiedzieć, odsapnąć, pogapić się w gwiazdy czy coś. Zupełnie o tym zapomniałam… Dzięki za odświeżenie pamięci i podsunięcie nowego triku innym :)

  • To ja idę czytać resztę wpisów o introwertykach, podoba mi się twój poradnik :)

  • To przydałoby mi się przed after party na See Bloggers. Na chodzenie na same prelekcje, bycie introwertykiem mi wcale nie przeszkadzało.

    • Miałam to samo w przypadku dwóch ostatnich edycji Blog Conference Poznań, ale właśnie na SeeBloggers postanowiłam zmienić taktykę. Przetestuj na kolejnym takim wydarzeniu i daj znak czy u Ciebie też się sprawdza ;)

  • Ciekawa rzecz – ile razy przychodzę na jakieś spotkanie z zamiarem innym niż poznawanie ludzi, tyle razy wychodzę zadowolony. Jeśli nastawię się na poznawanie ludzi, to nie udaje mi się nikogo poznać nawet przypadkiem.

    • No to masz już swój sposób.

  • Dzidek Dzidkowski

    Dla mnie osobiście przydałby się przepis co zrobić z taką intrawertyczną przypadłością, że mogę być „chwilowo” ekstrawertykiem i duszą towarzystwa kiedy jestem otoczony przez max 4 osoby. Chociażby jedna osoba więcej i moja głowa łapie zwiechę i zamieniam się w warzywo. Nie wiem co z tym do cholery zrobić, raz mnie to porządnie utopiło jak miałem przeprowadzić prezentację z tematu, który dobrze ogarniam dla 60 osób (od tego czasu trzymam się od takich zadań z daleka). Z kilkoma kolegami w trakcie przygotowań szło świetnie, kiedy pojawiło się 60 par oczu – game over.

    Najśmieszniejsze jest to, że w świecie tekstu – fora/blogi/czaty nie ma problemu – mogę ogarnąć dowolną liczbę „współrozmówców”, nawet w czasie rzeczywistym – wystarczy, że nie widzę twarzy, nie słyszę głosu, przez co rozmówcy stają się łatwymi do ogarnięcia i sklasyfikowania „konstruktami”.

    Tak sobie wmawiam, że to dlatego, że intrawertyk za dużo analizuje swoje otoczenie, a analizowanie ludzi to dosyć spore obciązenie dla podzespołów w głowie i przy człowiek-obok-mnie>4 mój system się wysypuje i nie nadąża.

    To jest głupie – wiesz, że tak masz ale nijak sobie można z tym poradzić. Najlepiej by było dać sobie spokój – nie analizować ludzi w czasie rzeczywistym – co myśłą, jak każdy może zareagować na to co powiem, jak poprowadzić rozmowę aby sens moich wypowiedzi trafił do każdego w taki sposób jaki chcę, generalnie olać to i skupić się na ekspresji tylko samego siebie (osławione „bycie sobą”) – ale się nie da. Jakby kazać psu latać jak ptak – nie da się zrobić bo nie ma skrzydeł.

    Ktoś tak ma? A może miał i znalazł jakiś hack?

    • Hmm… no ja takiego problemu nie mam, bo nie analizuje aż w takim stopniu ludzi dookoła. Szczególnie jeśli coś mówię, to raczej staram się skupić właśnie na tej wspomnianej przez ciebie ekspresji. Nie jestem psychologiem, więc ciężko mi stwierdzić czy Twoja teoria może być słuszna. Ale im częściej obcujesz w większym towarzystwie, tym lepiej sobie z tym radzisz. Tak samo z wszelkimi prezentacjami – im więcej ich wygłaszasz, tym mniej przerażające stają się kolejne (wiem z autopsji).
      Oprócz tego co sam napisałeś, czyli żeby dać sobie spokój i po porostu „być sobą”, to nie przychodzi mi do głowy żaden sensowny hack.