Bierz życie na klatę

„Chciałabym, ale nie mam z kim…” – o tym, jak nauczyłam się robić rzeczy sama

Nauczyłam się robić rzeczy sama nie dlatego, że jestem taka fifa-rafa egoistka, ale zwyczajnie nie robiłabym zbyt wiele, gdybym nieustannie czekała aż znajdzie się ktoś, kto mi potowarzyszy.

Pewnie zaczęło się to już bardzo dawno, jak miałam jakieś kilkanaście lat. Obstawiam, że na początku były samotne spacery – kiedy miałam ochotę się przejść, ruszyć z domu gdziekolwiek, a nikt z podwórka nie mógł albo nie chciał, to ruszałam na spacer sama. Czasem brałam ze sobą muzykę w słuchawkach, czasem książkę albo pamiętnik, a innym razem po prostu szłam przed siebie. Do dzisiaj bardzo cenię sobie spacery nad rzeką albo do naszej miejskiej biblioteki. Lubię być wtedy sama, bo nikt mnie nie pogania i mogę sobie stać pod regałami leniwie czytając każdy kolejny tytuł na grzbietach książek. Może to zabrzmi trochę śmiesznie, ale biblioteka to takie moje szczęśliwe miejsce.

Jestem swoją najlepszą koleżanką

(Może czasem się ze sobą nie lubimy, ale przecież w każdej przyjaźni zdarzają się nieporozumienia, prawda?)

Teraz trochę na nowo uczę się tego spędzania ze sobą czasu. Zabierania siebie w jakieś miejsca, niezależnie od innych ludzi. Momentem przełomowym było dla mnie wykupienie karnetu na seanse w ramach Dyskusyjnego Klubu Filmowego. Od bardzo dawna chciałam chodzić na DKF, ale nigdy nie mogłam znaleźć kogoś z kim mogłabym chodzić, a sama czułam się tym przedsięwzięciem za bardzo onieśmielona. Rok temu wkurzyłam się na innych (a w sumie najbardziej to na siebie) i stwierdziłam, że cholera!, skoro inni nie chcą chodzić, bo ich takie filmy nie kręcą, to wcale jeszcze nie oznacza, że ja nie mogę pójść sama. Kiedy idzie się do kina samemu po raz pierwszy, to jest dziwnie do momentu aż nie zacznie się seans. A później to już nigdy nie ma większego znaczenia. Serio.
Teraz często chodzę do kina sama i bardzo dobrze się bawię.

Kolejną taką rzeczą, którą robię sama, to jest jazda na wrotkach. Gdybym po prostu nie zaczęła tego robić i czekała na to aż ktoś da się namówić, to do tej pory jedynie śliniłabym się na fotki Team’u Moxi (a tak to się ślinię, ale mnie to motywuje do jazdy). Sama robię sobie na wrotkach zdjęcia (co jest trochę wyzwaniem) i nagrywam filmiki. W lutym pojechałam sama na roller disco do Wrocławia i było fajnie. Kiedyś byłam osobą, która bardzo często mówiła: „chciałabym to zrobić/zacząć robić, ale nie mam z kim…”. Teraz przestałam sama siebie sabotować i blokować, bo przecież nigdy nie znajdę ludzi, którzy będą mieli w 100% te same fazy co ja. Muszę działam z tym co mam, czyli głównie ze sobą.

A gdzie chłopak / narzeczony / mąż?

Niektórzy się dziwią, że tyle rzeczy z narzeczonym robimy osobno. Nie rozumiem tego, bo przecież związek jeszcze nie oznacza, że zrośliśmy się głowami, co nie? Mój narzeczony przecież nie musi lubić chodzić na te same filmy co ja, a ja nie muszę z tego głupawego powodu omijać tytułów, które mnie intrygują. Ja go przecież tym nie zdradzam! On też robi jakieś rzeczy sam, bo mnie to nie kręci. Taki układ daje nam dużo swobody i luzu, bo każdy może robić co lubi i jednocześnie nikt nie jest ciągany ani zmuszany do robienia rzeczy, których nie znosi.

Powiem Wam najzupełniej szczerze, że samotne pójście do kina, to jest jeden z tych momentów, kiedy człowiek sobie uświadamia jak bardzo do tej pory utrudniał sobie życie i jak wiele z tego powodu tracił. Później to już leci. To jest trochę jak z odkryciem po raz pierwszy orgazmu – po tym już nic nie jest takie samo.

Sorry, nie mogę, jestem umówiona ze sobą

Poza tym chodzi też o dogadywanie się z samym sobą. Bo wiecie, jak człowiek się dusi w swoim własnym towarzystwie i musi się rozpraszać innymi ludźmi, to najczęściej jest to znak, że coś jest nie halo. I obawiam się, że oglądanie Netflixa w samotności raczej nie kwalifikuję się jako quality me time. (Mówię z własnego doświadczenia.) To raczej są takie dupogodziny, które w zasadzie nic nie wnoszą, tylko szybko lecą i to jest ich zaletą. Oczywiście nie zawsze, ale jeśli ktoś siedzi przed ekranem codziennie po kilka godzin (!), to raczej jest to taka sama ucieczka przed rzeczywistością jak każda inna. A uciekanie zawsze jest złe.
(No chyba, że gonią nas zombie, to wtedy można.) 

W tym wszystkim chodzi o to, żeby jak zwykle znaleźć balans. Dużo się mówi o tym, żeby czas spędzany z bliskimi był tym czasem wartościowym – czyli kiedy faktycznie poświęcamy im uwagę, a nie zezujemy co chwilę na ekran telefonu czy telewizora. I analogicznie można to odnieść do tego „czasu dla siebie”. Uświadomienie sobie tego faktu, było w moim przypadku bolesne i bezlitosne.

Ludzie też spoko, ale ważne jacy ludzie!

Jednak, koniec końców, nie ma co się oszukiwać – kontakt z innymi ludźmi działa na nas stymulująco i inspirująco. O ile otaczamy się ludźmi, którzy właśnie tak na nas działają. Bo przecież każdy z nas ma/miał w otoczeniu człowieka toksycznego, który wysysa z nas energię i nic nam nie daje w zamian, więc lepiej go amputować. Są ludzie, którzy nas spychają do jakiegoś paskudnego dołka, a są ludzie, którzy zawsze pomogą nam się z niego wydostać. Albo chociaż chwilę z nami w tym dołku posiedzą i to już jest zawsze raźniej.

Nawet jeśli idę do kina sama, to później lubię komuś opowiedzieć o filmie i moich wrażeniach po jego obejrzeniu. Lubię się dzielić moimi drobnymi (choć dla mnie każden jeden jest przełomowy!) sukcesami na wrotkach. Lubię rozmawiać o tematach, które chodzą mi po głowie i chciałabym o nich napisać. To właśnie w kontakcie z innymi ludźmi testuję moje idee, pomysły, rozwijam myśli, bo druga osoba może zupełnie od niechcenia zwrócić moją uwagę na coś, co mi w ogóle nie przyszło do głowy. Czasem to, czego potrzebuję to potwierdzenie, że moje myśli mają jakiś sens.

***

Kontakt z innymi ludźmi jest ważny, ale to nie znaczy, że musisz czekać na kogoś, żeby zacząć. Czasami po prostu musisz przestać robić zmyłki przed samą sobą i coś zwyczajnie zrobić. Nie dla innych, tylko tak po ludzku dla siebie.

Poprzedni post Następny post

Może ci się spodobać